Rocznik 1947.
Są artyści, o których nie wiem prawie nic. Sam nie wiem, skąd się to bierze, ale po prostu kompletnie nie zainteresowało mnie ich życie prywatne, ani droga artystyczna. Tak mam w przypadku Davida Bowie.
To przypomniało mi wyświechtany dowcip: Jak czegoś nie wiesz, zapytaj Dawida. Dlaczego? Bo-wie.
Zawsze bawiły mnie zabawy słowne.
David Bowie zawitał do mojego świata, gdy byłem nieopierzonym wielbicielem wszystkiego, byleby tylko było muzyką. Dla takiego człowieka - chyba wszyscy to mamy - historia muzyki zaczyna się w chwili pierwszego świadomego rejestrowania dźwięków. Wszystko przed, to prehistoria.
W 1983 roku David Bowie nagrał Let's Dance i zawojował świat. Ale nie ten mój.
Bo Let's Dance wcale mi się nie podobała, a Bowie jawił się jako poddtatusiały dandys powracający z mroków nicości. No i wkurwiało mnie, że wstęp do Let's Dance imituje Beatlesów w ich wykonaniu Twist And Shout.
Potem na Liście Przebojów Trójki pojawiały się kolejne pozycje Davida Bowie. Odnotowywałem je, nagrywałem, ale wciąż nie były moje. A potem kiedyś Marek Niedźwiecki puścił w swojej audycji Wild Is the Wind w interpretacji Davida Bowie.
I okazało się, że było życie przed Beatlesami.
Bo Wild Is the Wind to cudownie genialna kompozycja do filmu o tym samym tytule z 1957 roku, którą skomponował Dimitri Tiomkin. Ale nikt nie zaśpiewał i nie zaaranżował jej piękniej niż Bowie.
A potem już poszło. I nawet ten chórek w Let's Dance przestał drażnić po latach. A kiedy Bowie zmarł w 2016 roku, to jakby wiatr ucichł.
Dyskografia (wybór)
Albumy studyjne:
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.