Na świecie rośnie około osiemdziesięciu gatunków bananów, z których trzy najpopularniejsze nadają się do spożycia, ale właściwie tylko jeden na surowo. Nazywa się pizang, o czym chyba mało kto pamięta kupując żółtą kiść w najbliższym sklepie wielkopowierzchniowym. Dwa pozostałe to banan rajski i banan manilski. Cała reszta to – uwaga – banany ozdobne.
Ten, o którym traktuje niniejszy esej, bananem ozdobnym był, jest i z całą pewnością będzie po wsze czasy. I na pewno należy do gatunku wysokiej klasy.
Chciałoby się teraz napisać ulubione zdanie młodych eseistów: „ale zacznijmy od początku”. Problem w tym, że początków ta historia ma wiele i wszystkie prowadzą interesującymi meandrami do jednego banana.
Można zacząć biblijnie i przeprowadzić wywód na temat owocu drzewa poznania, którym kusiła w raju Ewa Adama. Utarło się jakoś w powszechnej świadomości, że owocem tym było jabłko, które zresztą stanęło Adamowi w gardle, ale łatwo znaleźć w literaturze wątki próbujące udowadniać, że autor miał na myśli właśnie banana. Przez swój ewidentnie falliczny kształt, przez wręcz sprośne obieranie ze skórki, to właśnie banan miał zatruć pożądaniem i nieczystymi myślami nieskażone wcześniej myśli praojców.
Coś z tego zostało we współczesnej symbolice, bowiem sięgając po jakiekolwiek senniki starające się tłumaczyć nocne marzenia, można przeczytać, że posiadanie bananów to wzbogacenie się w klejnoty, zaś jedzenie bananów we śnie to właśnie zaspokojenie potrzeb seksualnych.
Niektórzy fantaści wysuwają teorię jakoby pierwsi ludzie w chwilę po grzechu pierworodnym przykryli intymne fragmenty ciała nie listkiem figowym, ale właśnie liśćmi bananowca, co – zważywszy na rozmiary owych liści – wydaje się mało prawdopodobne. Z dwóch dorodnych liści bananowca Adam i Ewa mogliby sobie stworzyć całkiem twarzowe kubraczki.
Można też zacząć temat naukowo, nieco podobnie do początku niniejszego eseju, opisując botaniczne właściwości bananów, historię ich upraw, walorów smakowych i odżywczych. Na przykład można by w tym miejscu przypomnieć, że najbardziej popularna obecnie odmiana banana Cavendish dopiero w połowie ubiegłego wieku zyskała sobie popularność, a stało się to za sprawą grzyba Fusarium oxysporum wywołującego tak zwaną chorobę panamską. W latach 50.-60. dwudziestego wieku zaatakował on korzenie najbardziej popularnego i wydającego najsmaczniejsze owoce bananowca Gros Michel tak skutecznie, że dzisiaj odmiana ta nie istnieje.
Można też zacząć od przypomnienia, kim są oraz jakie tereny zasiedlają Łemkowie w Polsce i Ukrainie. Według narodowego spisu powszechnego z 2011 roku w Polsce, 10 tysięcy osób podało w ankiecie narodowość łemkowską. Po upadku bloku komunistycznego otwarcie już mówi się o stalinowskiej Akcji „Wisła” mającej na celu między innymi przesiedlenie i wyniszczenie Łemków. Coraz powszechniejsze stają się kultura i zwyczaje łemkowskie, wydawane są płyty z ich muzyką, folklor zachwyca turystów zapuszczających się na Łemkowszczyznę. W oficjalnym serwisie internetowym Beskidu Niskiego czytamy – „Granice Łemkowszczyzny na północy i zachodzie nigdy nie budziły większych wątpliwości, na południu wyznaczała ją granica państwowa, zaś granica wschodnia stała się przedmiotem długich kontrowersji. Najwybitniejszy badacz kultury Łemków, Roman Reinfuss, ustalił ostatecznie w latach trzydziestych XX w. wschodnią granicę Łemkowszczyzny na linii bieszczadzkiego Wysokiego Działu (grzbiet Wołosani, Chryszczatej i Suliły)” .
Mimo wieloletnich studiów i badań etnograficznych do dzisiaj nie udało się wysunąć spójnej teorii w zadowalający i jednoznaczny sposób tłumaczącej pochodzenie tego ludu. Podstawowych hipotez jest pięć, a któż zliczy poboczne?!
Początków może mieć ten banan wiele, ja bowiem wskazałem jedynie na te najprostsze, nasuwające się jako pierwsze przy grze w skojarzenia. Wszystkie zapowiadają się interesująco i trudno się zdecydować na jeden z nich. Tym bardziej, że – jak mówi stare, chociaż nieco zmodyfikowane przysłowie – każdy banan ma dwa końce, więc trzeba się zdecydować na jakiś początek, żeby chociaż do jednego z tych przysłowiowych (!) końców dotrzeć.
Mario Montez to Portorykańczyk, transwestyta i aktor. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku bardzo silnie związał się z nowojorskim undergroundem. Jak sam opowiada, w 1964 roku przyszedł do Andy’ego Warhola na zdjęcia próbne.
Kim był Andy Warhol przypominać nie trzeba, bowiem jego prace i nazwisko znane są także i tym przypadkowym odbiorcom sztuki, którzy jego twórczości za sztukę nie uznają. To jednak właśnie Andy Warhol byłby ewentualnie odpowiedzialny za ów historyczny wstęp o Łemkowszczyźnie. Chociaż on sam urodził się w Pittsburgu w 1928 roku, to jego rodzice byli grekokatolikami łemkowskimi, emigrantami z miejscowości Medzilaborce na Słowacji.
Złożona osobowość z jednej strony ciągnąca go w kierunku tłumu i poklasku, z drugiej nieśmiała i wycofana, nabyta w dzieciństwie choroba – pląsawica, zdolności artystyczne, skrywany homoseksualizm stworzyły z Warhola osobowość niezwykłą, nietuzinkową i niepowtarzalną. Z połączenia dwóch ponoć pasujących do niego określeń Drakula i Kopciuszek (Cindarella) wyłonił się przydomek Drella, który wiele, wiele lat później stał się kanwą wspaniałej, choć mocno niedocenianej płyty Johna Cale’a i Lou Reeda – Song for Drella.
Marzeniem Warhola było produkowanie prawdziwej sztuki na skalę masową. Odkrył dla siebie dobrodziejstwa sitodruku, który pozwalał mu powielać obrazy. Enklawą artystów stało się słynne atelier Factory mieszczące się przy Union Square w Nowym Jorku. Tam też odbył się wspomniany wcześniej casting, na którym pojawił się Mario Montez.
Film jako sztuka masowa musiał uwieść Warhola. Możliwość powielania filmów, ich projekcji w wielu częściach świata jednocześnie odpowiadały jego zapotrzebowaniu na masowość sztuki. Kiedy w przerwie zdjęć próbnych Mario Montez wyjął banana, obrał go ze skórki i zaczął jeść, Warhol natychmiast włączył kamerę:
– Wygląda na to, że przez przypadek zainicjowałem cały bananowy trend w sztuce – śmieje się Montez.
Tak ponoć powstał pierwszy z dwóch słynnych filmów Mario Banana, a Mario Montez na długo stał się ulubionym aktorem Warhola.
Czy rzeczywiście w latach sześćdziesiątych XX wieku w Stanach Zjednoczonych istniały tylko dwie grupy muzyczne o nazwie The Warlocks, trudno powiedzieć. Na pewno jedna działała w Nowym Jorku, druga w Kalifornii. Solidarnie obie zmieniły nazwy. Jedna dała się niebawem poznać światu jako The Grateful Dead, a druga przeminęła bez echa jako The Falling Spikes. Jednak to ona interesuje nas bardziej. W jej składzie znalazł się bowiem początkujący radiowy dziennikarz muzyczny i początkujący poeta opiewający w swych wierszach ulice Nowego Jorku: ich brzydotę, ich dziwki i handlarzy narkotyków, wyuzdaną miłość, przemoc i gwałty. Perkusista Angus MacLise doszedł do wniosku, że nazwa The Falling Spikes niespecjalnie pasuje do wizerunku zespołu i zaproponował inną: Velvet Underground.
Koledzy z zespołu natychmiast ją zaaprobowali.
Początkujący poeta, Lou Reed, zainspirowany książką Leopolda von Sacher-Masocha, napisał kilka dni wcześniej tekst Venus In Furs o sadomasochizmie. Trzeba wyjaśnić, że Velvet Underground to było niszowe pismo traktujące o nietypowych praktykach seksualnych.
Brudna, chropowata muzyka wspierana poetyckimi tekstami brutalnie kontrastowała z powszechnym nastrojem ery wodnika, hasłami peace and love, Sierżantem Pieprzem Beatlesów, długimi włosami, powłóczystymi barwnymi strojami i dzwonami. Ubrani w skóry, w okularach słonecznych członkowie Velvet Underground zamiast w popularnych pubach i klubach występowali w galeriach sztuki, na wieczorkach poetyckich, a nawet w czymś na kształt klubów dyskusyjnych.
Właśnie w tym czasie Andy Warhol poszukiwał zespołu, którego muzyka pasowałaby i mogłaby towarzyszyć pokazom jego filmów. W Velvet Underground dostrzegł to, czego wcześniej nie dostrzegli inni. Został więc mentorem grupy i postanowił wyprodukować jej pierwszy longplay. Postawił tylko jeden warunek: na płycie wokalnie miała udzielać się niemiecka modelka Nico.
Zespół przystał na ten kompromis, ale nigdy nie przyjął Nico do swego stałego składu. Tak zrodziła się nieco dziwna i przydługa nazwa: The Velvet Underground and Nico, a Andy Warhol zaprojektował okładkę debiutanckiej płyty.
Był to banan.
O tym bananie napisano już całe tomy, o jego wymowie, o jego symbolice, barwie, kształcie i roli w dziejach okładek płytowych.
Bo też jest to okładka niezwykła.
Dzisiaj już nikogo nie zaskakują artystyczne – mniej lub bardziej – okładki płyt. Nawet brak nazwy zespołu na kopercie – jak się wtedy mówiło – powoli stawał się normą. Bawili się tak już z fanami i członkowie grupy Pink Floyd, i wspominani już Beatlesi, niebawem miała ukazać się słynna Czwórka Led Zeppelin. Ale na okładce debiutu The Velvet Underground and Nico nie tylko nie było nazwy zespołu, nie tylko nie było tytułu płyty, ale za to pojawiło się czytelne nazwisko producenta i autora wizerunku banana Andy’ego Warhola! Ktoś kompletnie nieobeznany w ówczesnym rynku sztuki mógł uznać płytę za autorskie dzieło Warhola.
Ja zresztą podejrzewam, że właśnie tak je Warhol traktował, chociaż producentem nagrań i tak de facto był Tom Wilson. Warhol prawdopodobnie cenił głównie okładkę będącą przykładem sztuki masowej, opakowującą muzykę.
Jak na debiutanckie dzieło mało znanego poza pewnymi kręgami zespołu, zabieg dość kontrowersyjny, chociaż pewnie wtedy nazwisko Andy Warhol znaczyło nieco więcej niż Velvet Underground and Nico. Gwoli ścisłości należy dodać, że nazwa zespołu pojawiła się na późniejszych wznowieniach płyty, jakby sami członkowie grupy nie wierzyli w moc sprawczą banana. Czas pokazał, że nie mieli racji.
Na wizerunku banana nie kończy się jednak niezwykłość okładki. Na białym tle, przy ogonku banana, widniał wyraźny napis ze strzałką pill slow and see – obieraj powoli i patrz. Należało teraz powoli i delikatnie zdjąć samoprzylepną folię z żółtą skórką banana, aby ukazał się obrany, różowiutki i golusieńki banan! Jak go Pan Bóg stworzył.
Trudno chyba o bardziej oczywiste skojarzenia z seksem. Seksem, którym pruderyjna Ameryka oficjalnie się brzydziła i mówiła mu stanowcze „NIE”. Zarówno ta obrazoburcza okładka, jak i muzyczna oraz tekstowa zawartość płyty mocno zaważyły na jej popularności. Najważniejsze pismo traktujące wtedy o muzyce – Rolling Stone – nawet nie zamieściło recenzji albumu. Stacje radiowe odmawiały nadawania piosenek. W sumie, z pierwszego nakładu sprzedało się raptem 10 tysięcy sztuk.
Prawdopodobnie na dystrybucji zaważył jeszcze jeden fakt. Otóż na rewersie koperty zespół umieścił swoje zdjęcie, na którym – gdzieś w tle przez przypadek – znalazł się Eric Emerson, jeden z aktorów Andy’ego Warhola. Gdy album trafił do sklepów Emerson popadł w konflikt z prawem za posiadanie narkotyków. Potrzebując na gwałt gotówki podał do sądu swoich kumpli o nielegalne rozpowszechnianie wizerunku. Płyta została wycofana ze sprzedaży. Kiedy wróciła, jej obwoluta była uboższa nie tylko o podobiznę Emersona, ale także o folię ze skórką banana. Aby bowiem zrealizować artystyczny zamysł autora firma wydająca album musiała zatrudnić dodatkowego pracownika, który ręcznie przyklejał folię na każdym egzemplarzu. To znacznie zawyżało koszty i tak już niepopularnej płyty.
Briano Eno powiedział po latach, że wszyscy, którzy wtedy kupili tę płytę założyli potem zespoły muzyczne. Obecnie tygodnik Billboard klasyfikuje ją na 13. miejscu zestawienia albumów wszechczasów.
Na tej płycie wychowało się całe pokolenie doskonałych muzyków, powstały zespoły świadomie i podświadomie czerpiące ze spuścizny Velvet Underground. Plastycznie – okładka jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych w historii muzyki. I powstały jej liczne kontynuacje i wariacje. Ale może warto w tym miejscu wspomnieć o pewnym tropie polskim, urodzonej w 1937 roku w Zabłociu koło Żywca artystce Natalii Lach-Lachowicz, znanej jako Natalia LL.
Jej prace z początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku wyraźnie nawiązują do twórczości Andy’ego Warhola. Zwielokrotniona fotografia sztuki konsumpcyjnej, gdy artystka przedstawia samą siebie jedzącą banana rodzi jednoznaczne skojarzenia. „Czy Natalia i jej falliczne banany ze >>Sztuki konsumpcyjnej<< do tego nurtu należały? A może banan jedzony we Wrocławiu epoki Edwarda Gierka miał jednak zupełnie inny smak niż owoce, którymi raczyła się świta Warhola w Factory?”.
Historia banana zatoczyła koło. Velvet Underground and Nico bardzo szybko przestali istnieć, kiedy Nico wraz z Warholem i całą ekipą techniczną po raz kolejny spóźnili się na koncert w Bostonie. Velvet Underground – już bez Nico – nagrali jeszcze kilka płyt (w bardzo różnych i dziwnych składach osobowych) i zespół poszedł w rozsypkę. Kilkakrotnie próbowali się reaktywować, ale kończyło się najwyżej na wspólnych koncertach. Lou Reed i John Cale stworzyli wspomnianą już Song for Drella. I... upomnieli się o banana.
Stało się to w 2011 roku, kiedy to zarządzająca spuścizną Warhola Andy Warhol Foundation sprzedała prawa do słynnego banana koncernowi Apple. Cóż, banan na okładce ukazał się bez jakiejkolwiek adnotacji o prawach autorskich, przez lata nikt nie zabiegał, aby sprawę uregulować, więc musiało skończyć się w sądzie. „The Velvet Underground argumentuje natomiast, że projekt stał się niejako własnością publiczną, ściśle kojarzoną z zespołem. Fundacja nie ma więc praw do sprzedaży jakichkolwiek licencji. Ma to potwierdzić wyrok sądu. Grupa prosi w pozwie o wyrok ławy przysięgłych. Lou Reed i John Cale domagają się także zakazu czerpania zysków z wizerunku oraz odszkodowania”.
Sprawa ponoć zakończyła się polubownie, ale szczegóły znają jedynie strony zainteresowane. A sam Lou Reed zmarł kilka miesięcy temu (tekst napisałem w 2014 roku).
Andy Warhol zaprojektował 51 okładek płyt, ale banan jest chyba najbardziej charakterystyczną z nich. A ponieważ, jako się rzekło, każdy banan ma dwa końce, zakończenia będą dwa na dowód, że banan – nawet ten Warholowski – z seksem kojarzyć się nie musi. Oto na stronie internetowej „Biuro tłumaczeń sztuki” Karoliny Breguły można znaleźć takie oto uzasadnienie artystyczne owego banana:
"Okładka słynnej, debiutanckiej płyty grupy Velvet Underground, zaprojektowana przez Andy’ego Warhola, jest ewidentnie jego bardzo wyrazistą artystyczną wypowiedzią na temat miasta, w którym mieszkał i które stało się jego przybraną ojczyzną: Nowego Jorku. Co prawda owocowym symbolem tej metropolii od dawien dawna jest oczywiście jabłko, ale artysta nie mógł go wykorzystać, ze względu na potencjalny proces, który mógł mu zostać wytoczony przez broniących swych praw z dużą zaciekłością właścicieli wytwórni płytowej Apple Records, związanej z grupą The Beatles.
Jedyną firmą, której udało się podpisać z nią ugodę na wykorzystanie symbolu jabłka, był komputerowy gigant Apple. Ale najwyraźniej Warhol nie miał talentów negocjacyjnych Steve’a Jobsa. Musiał zdecydować się więc na inny owoc – jego wybór padł na banana. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na plan Nowego Jorku, żeby się przekonać, że jego najważniejsza część, czyli Manhattan, jako żywo przypomina właśnie banana. Istnieje nawet słynny rysunek, na którym Manhattan i przylegający doń Brooklyn wpisane są w anatomiczny wykres penisa i jąder, ale trudno podejrzewać Warhola aż o tak mocno erotyczne pomysły.
Co jest najważniejsze na warholowym wizerunku Nowego Jorku – Wielkiego Banana? Żółć i czerń. To oczywiście obserwacja dotycząca niezwykle gorącego w tym mieście, będącego prawdziwym tyglem etnicznym, tematu rasowego. Warhol mówi swoim obrazem, że Manhattanem władają już niemal wyłącznie Azjaci (żółć) i czarni. Co zostaje białym? Underground. A dokładniej – Velvet Underground (za: P. Gulda, Andy Warhol: okładka płyty „The Velvet Underground & Nico”, http://biurotlumaczen.art.pl, dostęp: styczeń 2014 r.).
Zupełnie inne znaczenie nadali bananowi niemieccy artyści, gdy w 2009 roku ogłoszono konkurs na Pomnik Jedności i Wolności mający upamiętniać dwudziestą rocznicę zjednoczenia:
Wielki złoty banan góruje nad przepływającą w dole Szprewą, w tle barokowa fasada odbudowanego zamku Hohenzollernów. „Banan to wyraz indywidualnego dążenia do wolności w społeczeństwie, które odrzuca kuratelę przytłaczającego je państwa i chce podążać za własnymi ideami” - brzmi uzasadnienie jednego z projektów pomnika Jedności i Wolności (…).
Banan jako symbol zjednoczenia - to nic nowego. Już w listopadzie 1989 roku magazyn satyryczny „Titanic” ukazał się z okładką podpisaną: „Gabi ze strefy i jej pierwszy banan”. „Strefą” nazywano w zachodnich Niemczech dawną NRD; na zdjęciu było widać szpetną nastolatkę trzymającą w ręku obranego jak banan ogórka. A w marcu 1990 skandal wywołał socjaldemokratyczny minister Otto Schily, który wymachując bananem w telewizyjnym wywiadzie, szydził, że to tylko pęd do dobrobytu skłonił mieszkańców NRD do poparcia zjednoczenia". (za: P. Buras, Banan niemieckiej jedności, Gazeta Wyborcza, 14.05.2009 r., dostęp: styczeń 2014 r.).
A tak w ogóle, to kto pamięta, że owoc bananowca jest jagodą?
Albumy studyjne:
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.