Kiedy moja siostra przyjechała po raz pierwszy do mnie z USA dostałem od niej prezent. Ten pierwszy przyjazd z USA nie był dokładnie pierwszym do Polski, ale pierwszym, od kiedy wyprowadziłem się do stolicy. Wpadła na kilka dni do malutkiego, wynajmowanego przeze mnie mieszkanka naprzeciwko Pałacu Kultury. Trochę się powłóczyliśmy po okolicy, a potem kupiła mi prezent. Sam sobie wybrałem i wiedziałem, czego chcę.
To był podwójny album Moody Blues z większością singli z całej kariery. Miałem już wszystkie ich płyty, ale brakowało mi jednej piosenki. Kiedyś nawet udało mi się ją nagrać z radia na kiepskiej jakości kasetę. I do dziś nie wiem, co takiego jest w Boulevard de la Madeleine, ale ja po prostu ją uwielbiam. Od pierwszego dźwięku. Lata temu chwyciła mnie za gardło i nie puściła. Jeżeli ktoś jeszcze kiedyś przeczyta Kota Syjonu, to dopatrzy się, że właśnie ta kompozycja była inspiracją od początku do końca całej opowiedzianej tam historii. To piosenka z singla z 1966 roku. Nie zrobiła specjalnej kariery.
Zespół powstał dwa lata wcześniej w roku 1964 i przez kilka lat próbował zrobić karierę podążając ścieżkami wydeptanymi przez Rolling Stones i dziesiątki podobnych. Start mieli niezły, bo pierwszy singiel Go Now gdzieś tam wspiął się na pierwsze miejsce, ale to był pierwszy – i na długo ostatni – wybryk natury. Oszukani przez pierwszego wydawcę, z niezapłaconymi rachunkami stanęli na skraju bankructwa i niejako poszli w rozsypkę.
Rozsypka mogła być miażdżąca, bowiem opuścił ich lider, kompozytor i odtwórca lwiej części autorskiego materiału wykonywanego na koncertach. Denny Laine przez jakiś czas błąkał się po peryferiach show biznesu, aby później zasilić na stałe autorski projekt Paula McCartneya, czyli zespół Wings. Co akurat McCartneyowi wyszło na dobre.
Na jeszcze lepsze, jak miał pokazać czas, wyszło też zespołowi Moody Blues. W nowym składzie, z nowym repertuarem stali się prekursorami art rocka, rocka symfonicznego, o krótki pysk wyprzedzając nawet Beatlesów.
Poznawałem ich muzyczną historię niejako od środka w obie strony równocześnie. Pierwszą płytą, którą udało mi się zdobyć była dopiero The Other Side of Life. Lubiłem ją bardzo, chociaż kilka kompozycji mnie rozczarowało. Szukałem tego, co było wcześniej i równocześnie śledziłem, co działo się dalej. Na szczęście Tomek Beksiński wpadł na pomysł prezentowania pełnej dyskografii w wieczorze płytowym.
I już wiedziałem.
Zdecydowanie wolę to, co było wcześniej. A przede wszystkim jestem oddanym wielbicielem talentu Mike'a Pindera. Odszedł z zespołu o wiele za wcześnie, a potem, już jako solista, nagrał zbyt mało. Cóż, taki był jego wybór. Tylko szkoda.
A potem...
Między rokiem 2021 a 2025 zmarli wszyscy członkowie oryginalnego składu.
Dyskografia
Albumy studyjne:
Live:
Kompilacje:
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.