Oj, nawet przy największej dawce wyrozumiałości, trudno się tego słucha po... 60 latach. Jak ten czas leci... Z czwórki rodzeństwa został tylko jeden. Najstarszy. Mamy rok 2025 i odtworzyłem sobie właśnie ten debiutancki album, który jeszcze niedawno był absolutnym białym krukiem. Wydany jedynie w Australii doczekał się raptem jednego wznowienia w 1967 roku i na wiele lat słuch po nim zaginął. Pojawił się na CD dopiero w 2013 roku, gdy ukazało się pudełko dokumentujące cały dorobek Bee Gees.
Gdy płyta ukazywała się w 1965 roku nazywali się jeszcze Barry Gibb & The Bee Gee's, ale krótko. Tyle, ile trwa odwrócenie koperty płyty na drugą stronę. Tam już nazwa wyewoluowała do Barry Gibb & The Bee Gees. A potem zostało tylko Bee Gees, ale ta zmiana trwała nieco dłużej. Ale oni mieli przecież dużo czasu przed sobą. Gdy płyta trafiała na półki Barry liczył 19, a bliźniacy po 16 lat. I już wtedy ich dorobek stanowił całkiem przyzwoity (ilościowo) zestaw singli, z których mniej popularne piosenki trafiły na długogrający debiut, uzupełnione jedynie pięcioma nowościami. Wyszedł z tego taki trochę zestaw typu The Rest Of... i to uzasadnia stylowy misz-masz.
No cóż, są płyty, których po tylu latach nie powinno się już recenzować. Czasem trzeba, ale jeżeli już, to wypada ten krążek odebrać jedynie emocjami, wyłączając na chwilę rozum. Potraficie sobie wyobrazić radość i dumę tych dzieciaków, kiedy znaleźli swoją płytę, płytę długogrającą, a te wtedy wydawało się jedynie wykonawcom rokującym, na sklepowej półce? Ja chyba trochę potrafię, bo pamiętam wciąż wszystkie emocje, jakie mnie zalały, gdy kupiłem sobie osobiście swoją własną pierwszą książkę. Tego nie da się porównać z niczym innym. I już nigdy więcej to się nie powtórzy, bo pierwszy raz, jest tylko przez tę jedną ulotną chwilę. To jak z pierwszym pocałunkiem, pierwszymi motylami w brzuchu, pierwszym oczarowaniem.
Te piosenki, nawet najsmutniejsze, są przepełnione szczeniacką radością. Przecież ewidentnie słychać, że Robin Gibb podczas nagrywania I Don't Think It's Funny był zakatarzony i chrypiał jak po wiejskim weselu. Ale gdy się ma 16 lat, to się nie choruje, tylko leci do studia nagrać kolejną piosenkę. Gdy się ma 16 lat, świat jest nieśmiertelny, więc czym tu się martwić.
Są takie debiuty, które można oceniać wstecznie czyli wyprzedzająco. Już wyjaśniam. Wstecznie, bo po latach. Wyprzedzająco, bo z perspektywy tego, co nastało po nich. Czyli jak debiutant wykorzystał swoją szansę. A oni wykorzystali ją po mistrzowsku. Można się spierać, co do jakości nurtu disco, w który zabrnęli na jakiś czas, ale na pewno byli gwiazdami i to w tym pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Czy, w związku z tym, warto posłuchać tej płyty? Oczywiście! Przynajmniej raz. Przynajmniej pierwszy raz. I mieć nadzieję, że takie pierwsze razy będą nam towarzyszyć przez całe życie.
Wszystkie kompozycje Barry Gibb.
1. I Was a Lover, a Leader of Men 3:35
2. I Don't Think It's Funny 2:52
3. How Love Was True 2:12
4. To Be or Not to Be 2:10
5. Timber! 1:46
6. Claustrophobia 2:14
7. Could It Be 2:03
8. And the Children Laughing 3:20
9. Wine and Women 2:52
10. Don't Say Goodbye 2:23
11. Peace of Mind 2:20
12. Take Hold of That Star 2:38
13. You Wouldn't Know 2:05
14. Follow the Wind 2:07
Skład
Barry Gibb – lead vocals, harmony and backing vocals, rhythm guitar;
Robin Gibb – lead vocals, harmony and backing vocals, Hammond organ;
Maurice Gibb – harmony and backing vocals, lead guitar, Hammond organ, rhythm guitar;
oraz
Bruce Davis, Leith Ryan – lead guitar on Claustrophobia, Could It Be;
Bill Swindells – bass guitar on Claustrophobia, Could It Be;
Laurie Wardman – drums on Claustrophobia Could It Be.
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.