Rocznik 1926.
Zaprzyjaźniałem się z nim od końca. Wyniosłem z domu przekonanie, że jazzu się słucha. Że jazz jest zły. Nie, nie w sensie metafizyczno-szatańskim, ale po prostu do słuchania się nie nadaje. Na dodatek wmawiali mi to ludzie, u których na półkach stały czarne krążki z zapisem pierwszych polskich festiwali jazzowych.
Cóż, może dlatego wiedzieli, jak im się zdawało, o czym mówią.
Z domu wynosi się wiele doświadczeń. Żadne nie są złe, bo nawet te trudne mogą otwierać nowe drzwi, ale wszystkie wymagają weryfikacji. Bo nie tylko czas jest bezwzględnym weryfikatorem. Wewnętrzne ja rozprawia się ze wszystkim jeszcze bardziej radykalnie. Moje ja podpowiedziało mi w odpowiednim momencie, że jazz nie taki straszny jest...
No dobra, nie obyło się bez drobnej pomocy.
Pomocną dłoń wyciągnął zespół Toto, którego brzmienie uwielbiałem od pierwszych taktów, które usłyszałem gdzieś, kiedyś, diabli wiedzą przy jakiej okazji. A potem w radomskim Sezamie pojawiło się bułgarskie wydanie ich płyty Fahrenheit z 1986 roku. Nie jest to może najlepsza płyta w dyskografii Toto, ale dla mnie pozostanie jedną z najważniejszych, bo tą pierwszą, którą miałem, pierwszą którą usłyszałem w całości. A całość zamykała instrumentalna kompozycja Don't Stop Me Now z gościnną trąbką Milesa Davisa.
Stało się.
A potem, kompletnie z zaskoczenia, można było w Polsce kupić czarną płytę Davisa zatytułowaną Tutu. No i poszło. Telewizja Polska akurat od czasu do czasu przypominała fragmenty koncertu Milesa Davisa na Jazz Jamboree z 1983 roku, koncertu ochrzczonego mianem tego, co odmienił polski jazz.
W 1988 roku Miles Davis wrócił, by odmienić go jeszcze bardziej. A jakoś tak trochę później ukazała się na płycie ścieżka dźwiękowa z filmu Hot Spot. Filmu nie widziałem do dzisiaj. Płytę, raptem trzydzieści i kilka minut, znam na pamięć. Cudowna muzyka stworzona przez muzycznych geniuszy, czarodziejów klimatu, wirtuozów drapania po duszy. I wśród nich trąbka Milesa Davisa.
Nie powiem, że oswajanie jazzu przeszło bezboleśnie. Trwało długo. Niektórych z jego nurtów wciąż się uczę, ale już z mniejszym zapałem. W końcu doszedłem do etapu, w którym jazz, rock, AOR, klasyka zlały mi się w jedno hasło MUZYKA. I tak już funkcjonuje. Bez podziałów. Ogromna w tym zasługa Davisa, bo to on, jak mało kto, płynnie nie tylko poruszał się w każdej stylistyce, na jaką mu przyszła ochota, ale też wiele z nich stworzył od podstaw.
Nie wszystkie jego płyty rozumiem, ale się staram.
Nie do wszystkich jego płyt wracam.
Na pewno nie wszystkie słyszałem i pewnie już nie usłyszę. Za dużo tego, za mało czasu. A istnieje jeszcze życie poza Milesem Davisem.
Sam był tego najlepszym dowodem.
Dyskografia (wybór subiektywny):
Muzyka filmowa:
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.