Ta płyta, Walk the Wire fińskiej Miazmy, pokazuje, jak bardzo w 2017 roku brakuje osobowości na miarę Tomka Beksińskiego. Wystarczyłaby jedna jego audycja, a kompletnie nieznany wykonawca stałby się w Polsce wykonawcą kultowym.
Oczywiście przesadzam. Inny dzisiaj świat, muzyki nie szuka się w radiu, ale w internecie, a radiowe playlisty i przepisy skutecznie uniemożliwiają prezentowanie na antenie całych płyt.
Jednego jestem tylko niemal pewien, że Tomek Beksiński tę muzykę by pokochał tak, jak uwielbiał Sisters of Mercy.
Bo Miazma brzmi dzisiaj bardziej jak Sisters of Mercy, niż Sisters of Mercy na ostatnich koncertach.
Na początku, gdzieś w okolicach 1997 roku, Miazma była duetem dwóch kumpli Kristiana Olofssona i Tomasa Tornevalla. Wtedy też, ze względu na upodobania i barwę głosu wokalisty, ich produkcje bardziej przypominały nagrania Type of Negative. Potem Tomas odszedł, a Miazma stała się jednoosobowym projektem coraz wyraźniej dryfującym w kierunku wyznaczonym swego czasu przez Andrew Eldritcha i jego Siostry Miłosierdzia.
Bogiem a prawdą, Sisters of Mercy to też projekt jednego człowieka. Z tą różnicą, że Kristian Olofsson uparł się wszystko robić sam.
Płyta Walk the Wire spokojnie mogłaby ukazać się jako kolejna w dyskografii Sisters of Mercy. Może tylko lekko niedopracowany brzmieniowo (moim zdaniem) Everything mógłby trafić na takie dość dziwne wydawnictwo sygnowane nazwą Sisterhood (również projekt Andrew Eldritcha). Cała reszta lokuje się gdzieś między Floodland a elektronicznymi fragmentami Vision Thing. Jest mroczna, jest gęsta, jest ponura, zatopiona w tym charakterystycznym, transowym rytmie automatu perkusyjnego.
To muzyka ciemnych okularów nawet nocą.
W ciemności głos Kristiana łatwo pomylić z wokalem Eldritcha. Jeżeli czegoś brakuje tej płycie, to chyba tylko perełki na miarę 1959 z płyty Floodland, ale – jak sam tytuł wskazuje – taka perełka zdarza się raz na 1959 lat.
Wiem, że ślepe naśladownictwo w sztuce nie jest wskazane, ale Sisters of Mercy milczy od 1990 roku. To 27 lat. Przyszedł czas, aby wypełnić tę lukę.
Nie umiem opowiadać o muzyce tak, jak robił to Tomek Beksiński. Być może zjechałby Miazmę za epigoństwo, kalkowanie, małpowanie, a może ogłosiłby narodziny nowego Maestra Czerni. Nie wiem.
Wiem natomiast, że takiej płyty brakowało mi od lat. I chociaż dzisiaj to już trochę nie moja bajka, to jednak Walk the Wire przywołała wspomnienia, czasy Floodland i debiutu zespołu The Mission, fascynacji gotykiem i czarną koszulą wypuszczoną na spodnie.
Sięgnijcie po tę płytę, jeżeli kiedykolwiek słuchaliście Sisters of Mercy i pierwszych nagrań The Mission. To jedyna szansa, aby zanurzyć się na moment w klimacie sprzed lat, bo Miazma nie koncertuje. Kristiana paraliżuje strach przed występami na żywo, przed konfrontacją z publicznością. Jak sam stwierdził w jednym z nielicznych wywiadów, musiałby być kompletnie pijany, aby wyjść na scenę nawet zatopioną w czerni.
Zrobiło się późno. Zrobiło się ciemno. Wciąż gra Walk the Wire.
To będzie długa noc.
1. More Than Miles 3:48
2. Walk The Wire 4:45
3. Monster 3:21
4. A Kiss Away 3:58
5. Not For Me 2:47
6. Everything 3:25
7. Far Away 3:38
8. Love Undercover 2:43
9. Hush 3:39
10. Kallt 3:38
Skład:
Kristian Olofsson – vocals, all instruments.
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.