Poniedziałek 26 października 2026 roku.
Słonecznie, chociaż dość zimno. Pierwszy poniedziałek po zmianie czasu na zimowy. Ktoś powiedział, że od tego momentu są w Polsce tylko dwie pory dnia: noc i godzina 16. Wstajesz do pracy – ciemno. Wracasz – ciemno. I tak do marca. A przecież, mimo wszystko, i jesień, i zima swoje zalety mają. Tylko zbyt często skrywają je bardzo głęboko. Wtedy przydaje się dobre towarzystwo. Albo złe.
Bad Company to fajna nazwa. Taka jednoznacznie wieloznaczna, że aż się gęba śmieje. Szczególnie u nas, gdzie słowo kompania – wywodzące się z company – ma (oczywiście poza terminem wojskowym) całkiem sympatyczne konotacje. Taka fajna zła kompania jest dobra dobra na zimę.
Nie od razu pokochałem Bad Company. Zacząłem nie od tych płyt, co trzeba, więc trochę mi zeszło.
Bad Company, to dla mnie, mimo oszałamiającego sukcesu, grupa wciąż niespełnionych nadziei. Wiem, wszystko to wiem, że wielomilionowe nakłady płyt, że wyprzedane stadiony, że pierwsze miejsca na listach. To wszystko wiem, a jednak niedosyt pozostaje do dzisiaj. A przecież wiem też, że nic się już nie wydarzy, bo zespół definitywnie zakończył działalność. I nie odrodzi się, bo zmartwychwstanie, jeżeli wierzyć legendom, zdarzyło się tylko raz (chociaż Łazarz wrócił do życia jeszcze przed Jezusem – ot, taki paradoks poznawczy bez znaczenia).
Zespół Bad Company powstał w 1973 roku na gruzach kilku zespołów ze wskazaniem na Free, bo to z niej wywodzili się wokalista (genialny) Paul Rodgers i perkusista (genialny) Simon Kirke. Trzecim w kolejności został były członek zespołu Mott the Hoople gitarysta Mick Ralphs, a później dołączył basista King Crimson (genialnego) Boz Burrell (genialny).
Czy to się mogło nie udać?
Oczywiście! Historia muzyki zna takich przypadków tysiące. A jednak tutaj zagrało. Może dlatego, że chłopakom nie chodziło o niebotyczny sukces, a o dobrą zabawę? Czemu zresztą dawali wyraz nie tylko w muzyce, ale też w mocno rock'n'rollowym stylu życia oraz użycia wszystkiego co dozwolone i niekoniecznie.
Muzycznie podążyli ścieżką już wcześniej wyznaczoną przez Free, tylko jeszcze ostrzej balansując między hard rockiem a bluesem. Ogromna w tym zasługa zdartego wokalu Rodgersa i jego niespożytej (do czasu) energii. Ogromny sukces przyszedł wraz z pierwszą płytą (nagraną w niespełna 10 dni) i wyniósł zespół od razu do pierwszej ligi stadionowych wymiataczy. Potem, przez jakiś czas, było już tylko lepiej.
A jeszcze potem im się znudziło. Lata osiemdziesiąte z piekielną klawiszową ornamentyką wykończyły niejedną dobrą kapelę. Oni też dodali klawisze, złagodzili brzmienie, ale nowych fanów nie przybyło, a starym się to nie spodobało. No i wszystko szlag trafił. Zasłużenie, bo zmęczenie materiału aż dyszy na kolejnych albumach.
Odradzali się w kolejnych składach, z kolejnymi wokalistami. Stylowo wydawało się, że jest podobnie, ale coraz mniej było w tej muzyce organicznego bluesa, więcej takiego amerykańskiego rocka spod znaku AOR. Część tego nowego repertuaru przepadła kompletnie, część nawet się spodobała, ale to już nie było to.
Czasami po prostu w muzyce czuje się tę prawdę wynikającą z radości grania. Tu pojawiła się dobrze wykonywana pańszczyzna. Jakby nikt nie był na swoim. Nawet słuchacze.
Odrodzili się w pierwotnym składzie na krótko. Na trasę koncertową i nagranie czterech nowych piosenek. Ale lata ostrego życia dawały się coraz bardziej we znaki. Ze względów zdrowotnych, albo i ostatecznych, ten oryginalny skład przestał być oryginalny, aż zwyczajnie przeszedł historii.
Tak to w skrócie przedstawiają się dzieje jednego z najbardziej charakternych zespołów bluesrockowych, który jako jedyny miał czelność rzucić wyzwanie Led Zeppelin, ale szybko poszybował w swoją stronę. A przecież niejeden koncert razem zagrali. Tylko, że im zabrakło schodów do nieba.
Dyskografia
Albumy studyjne:
Live:
Kompilacje (wybór):
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.