Tak, jak Genesis stracił na odejściu ze składu gitarzysty Steve'a Hacketta, tak Black Sabbath naprawdę zachwiał się, gdy stracił perkusistę Billa Warda. Wiem, oczywiście, że spory dotyczą głównie zmian wokalistów zarówno jednej, jak i drugiej formacji, a właściwie szczególnie tej drugiej. Ja akurat akceptuję niemal każdy wybór wokalny. Bo to nie głos, nawet jak upiornie charakterystyczny jak Ozzy'ego Osbourne'a, decydował o brzmieniu tych kapel. Odczepmy się teraz od Genesis, bo na nich też kiedyś przyjdzie pora.
Wiele lat potrzebował Bill Ward, by otrząsnąć się z Black Sabbath i nadmiaru używek zatruwających organizm. Pierwszy solowy krążek wypuścił na rynek dopiero w 1990 roku. I, uwierzcie mi, warto było czekać.
To płyta tak zaskakująca, że do dzisiaj, a minęło 36 lat, nie zyskała należnego jej miejsca w panteonie genialnych krążków.
Obiektywnych powodów jest tak wiele, że nie wiem, czy wystarczy czasu i miejsca na subiektywne.
Bill Ward był perkusistą zespołu Black Sabbath. Nic w tym dziwnego, że po jego solową produkcję sięgnęli fani zespołu. Zapewne bardzo wielu z nich poczuło rozczarowanie, żeby nie powiedzieć, ze potraktowali to jak zdrade ideałów. Bo ta płyta ma tyle wspólnego z Black Sabbath, co śledź po japońsku z cesarzem Hirohito.
Zespół Black Sabbath miał sporą rzeszę niefanów. I nic w tym dziwnego, że żaden z nich po tę płytę nie sięgnął. A szkoda. Bo wielu z nich pokochałoby te dźwięki od pierwszego... odsłuchu. Bo nie wejrzenia.
No właśnie. Wejrzenie. Nieszczęsna, niehandlowa i kompletnie nie oddająca charakteru muzyki okładka, czyli dość infantylna grafika przedstawiająca człowieka-orkiestrę. Ten obrazek miał być wewnątrz, zaś oryginalna okładka, kompletnie odmienna i mocniej osadzona w całej produkcji, ukazała się dopiero na dość nielicznym wznowieniu (patrz niżej).
Nielicznym, bowiem w trakcie wznawiania firma płytowa padła. Na domiar złego o ewentualnym ponownym wznowieniu (a właściwie braku) decydują prawa autorskie, głównie należące do Ozzy'ego Osbourna i jego spadkobiorców, nowiem Ozzy zaśpiewał tu dwie piosenki. Żeby jakoś sprawę rozwiązać, Bill Ward nagrał te piosenki ze swoim wokalem, ale – niezależnie od kapitalnego efektu – to już nie jest wersja oryginalna.
I krąg się zamyka.
A w tym kręgu jest jeden z najciekawszych, najbogatszych i szokująco dobrych albumów obozu okołosabbathowego. Jest on co prawda bliższy nurtowi rocka progresywnego (stąd początkowe skojarzenie z Genesis), ale jakąż on ma klasę! Recenzenci przywołują skojarzenia z Pink Floyd. Dużo w tym prawdy, ale są całe fragmenty przywołujące chociażby Marillion, wczesne albumy Moody Blues, Kansas a nawet progresywną erę Deep Purple. Oczywiście ta mieszanina jest o wiele bogatsza i każdy odkryje w niej własny widok z okna.
Ta płyta pokazuje, skąd na albumach Black Sabbath takie bogactwo dźwięków, muzyczna i instrumentalna różnorodność. Posłuchajcie, jak Bill Ward gra tutaj na pianinie, jak czaruje klimatem, nastrojem! Cudo.
Warto też uważnie rzucić okiem na listę gości. O Ozzym już wspomniałem. To wspomnę jeszcze, że śpiewa tu lepiej niż kiedykolwiek. Bombers (Can Open Bomb Bays) jest wspaniałym, porywającym, pacyfistycznym songiem (warto przypomnieć sobie doskonały, choć przerażający teledysk).
Natomiast współtwórcą i wokalistą w utworze nr 5 pod tytułem Light Up the Candles (Let There Be Peace Tonight) jest jedyny w swoim rodzaju Jack Bruce, najbardziej zapamiętany jako jeden z trzech wielkich w zespole Cream. Jakże on tu wspaniale pasuje, jak jego głos rozładowuje nagromadzone przed chwilą emocje, tego opisać się nie da. Zresztą, muzyka służy do słuchania, a nie do opisywania. Mnie się po prostu przelewa, kiedy słucham. Dlatego piszę.
Mam nadzieję, że może ktoś kiedyś przeczyta. A jeśli przeczyta, to może posłucha tej kompletnie niesłusznie zapomnianej, zaskakująco pięknej płyty.
Powstała w 1990 roku w kontrze do wszystkiego. I, jak na złość, to właśnie wyszło jej najlepiej.
1. (Mobile) Shooting Gallery 5:11
(Bill Ward, Rue Phillips, Keith Lynch)
2. Short Stories 1:06
(Bill Ward, Malcolm Bruce)
3. Bombers (Can Open Bomb Bays) 4:23
(Bill Ward, Rue Phillips, Keith Lynch)
4. Pink Clouds an Island 3:15
(Bill Ward)
5. Light Up the Candles (Let There Be Peace Tonight) 3:35
(Bill Ward, Rue Phillips, Jack Bruce)
6. Snakes & Ladders 6:35
(Bill Ward, Rue Phillips)
7. Jack's Land 4:41
(Bill Ward, Jimmy Yeager)
8. Living Naked 6:03
(Bill Ward, Keith Lynch)
9. Music For a Raw Nerve Ending 2:05
(Bill Ward)
10. Tall Stories 5:04
(Bill Ward, Keith Lynch)
11. Sweep 4:00
(Bill Ward)
12. Along the Way 3:09
(Bill Ward, Rue Phillips, Keith Lynch)
Wykonawcy:
Bill Ward – drums (3-4,6-12); vocals (1-2,4,6-12); keyboards (4,8); percussion (5,9); piano (6,9);
Mike Slarve – voice & effects (1,3);
Nickie Slarve – voice & effects (1);
Rick Caughron – voice & effects (1);
Lorraine Perry – vocals (10); backing vocals (3);
Ozzy Osbourne – vocals (3,7);
Peter Kelsey – harmony vocals (8);
Keith Lynch – guitar (1,3,5-6,8-12); vocals (10);
Rue Phillips – guitar (1,3,6,11-12); vocals (1,6,8,10-11); slide guitar (10);
Zakk Wylde – guitar (4);
Malcolm Bruce – guitar (5);
Lanny Cordola – guitar (7);
Richard Ward – guitar solo (11);
Marco Mendoza – bass (1,6,8-9,11);
Gordon Copley – bass (1,4,12);
Bob Daisley – bass (3,7);
Jack Bruce – bass & vocals (5,10);
Lee Faulkner – bass (11);
Eric Singer – drums (1,4);
Leonice Shinneman – percussion (4,5,10);
Steve Freidman – didgeridoo (10);
Mike Rodgers – keyboards (1,3-4,10-12);
Jimmy Yeager – keyboards (7);
Malcolm Bruce – piano (2);
Bob Applebaum – mandolin (3);
Dave Gage – harmonica (10);
Frank Silvagni – harmonica (10).
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.