Ta płyta jest niczym lampa naftowa: już w chwili wynalezienia była przestarzała. No, ale lampa naftowa się rozpowszechniła nim ludzie na dobre oswoili elektryczność. Ta płyta rozpowszechniła się głównie wśród krytyków wieszających na niej wszystkie możliwe psy, jakby to psy były czemuś winne. Ale cóż zrobić, skoro tak łatwo zmieszać z błotem płytę (jakby błoto było czemuś winne) trafiającą na rynek trzy dni po Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band, genialnym dziele Beatlesów zmiatającym z drogi wszystko przed sobą i wszystko po sobie.
A ja do debiutu Bowiego mam więcej niż słabość. Niejednokrotnie już mówiłem, że kocham muzykę wczesnych lat sześćdziesiątych, te – dzisiaj wydające się naiwnymi – piosenki pełne radości i energii z nurtu beatle. Gęba mi się sama śmieje. I tak samo mi się robi przy tej płycie. Wiem, że rok 1967 trudno nazwać początkiem dekady, ale tu panuje ten sam klimat. Dlatego napisałem o tej przestarzałej lampie, chociaż... sam ze sobą nie do końca się zgadzam.
Ta płyta, jest dzisiaj oceniana głównie przez pryzmat późniejszych osiągnięć Bowiego. I rzeczywiście, można powiedzieć, że na tym tle wypada blado. Przylepiło się do niej, że to płyta śmieszna. Ja twierdzę, że zabawna. To dwie różne cechy, o czym zbyt często zapominają twórcy, próbujący nakręcić komedię.
Ta płyta miała być zabawna. Stąd jej wodewilowy, czasem wręcz komiksowy i pastiszowy charakter. Jest tu wszystko, co na późniejszym etapie kariery David Bowie rozwinie, zbliżając się do perfekcji. Jest, jak to u niego, mocno przerysowany teatr, jest świetny wokal, dojrzały jak na debiutanta (wiem, wiem, miał za sobą wiele niepopularnych singli), jest mieszanka emocji i efektowne zabawy stylami muzycznymi. A do tego wspaniałe, wysmakowane linie wokalne.
Trwały lata sześćdziesiąte. David Bowie całym sobą czerpał z otoczenia. Próbował sił w filmie i teatrze. Spodobało mu się, próbował więc grać coraz więcej, pobierał lekcje u mima i wystawiał multimedialne spektakle z muzyką, teatrem, plastyką, tańcem. Chciał też śpiewać i nagrywać płyty. Zawsze był niespokojnym duchem. Przełamywał granice sztuk, by łączyć je w jeden, spójny przekaz.
Kilka słów na ten temat z Wielkiej Encyklopedii Rocka stworzonej przez Wiesława Weissa: „Bowie dokonał w utworach z tamtego okresu bezlitosnego rozrachunku z kulturą młodych, która dotychczas tak bardzo go pociągała (London Boys, Join The Gang). I zaprezentował się w ambitnych, ale staroświeckich piosenkach, które wydawały się dziełem człowieka znacznie starszego niż on sam, mocno już doświadczonego przez życie, sięgającego pamięcią głęboko w przeszłość. Z talentem aktorskim odtwarzał w nich małe i duże dramaty mieszkańców Londynu i okolic. W płaczliwej Rubben Band był weteranem I wojny światowej, którego ukochana odeszła z kapelmistrzem orkiestry dętej, w gorzkiej Come And Buy My Toys – filozofującym sprzedawcą zabawek; w melancholijnej Sell Me A Coat – porzuconym kochankiem, żyjącym złudzeniem, że jego duszę ogrzeje deszcz ze srebrnymi guzikami; w makabrycznej Please Mr. Gravedigger – zziębniętym, kichającym dzieciobójcą.”
Jego muzyka wyrastała z ówczesnych trendów. Zespoły eksperymentowały na potęgę. Nie tylko Beatlesi tworzący rockową symfonię Sierżanta Pieprza. Także przecież chociażby Moody Blues. Wiele rock and rollowych kapel sięgało po nietypowe instrumentarium, nietypowe metrum, nietypowe aranże. Wsyatrczy przepatrzeć dorobek Herman's Hermits czy Manfreda Manna, też The Kinks, że o Rolling Stonesach nie wspomnę.
David Bowie chciał być jeszcze bardziej radykalny więc odrzucił rockowe gitary i niemal całą popową płytę ubrał w koronki muzyki klasycznej, orkiestrowej. Zgadzam się, że był to radykalizm naiwny, jeszcze nieopierzony, ale pokazywał, że ten facet nie będzie bawił się w półśrodki.
Z pierwszą płytą nie wyszło. Nie ten moment, nie ten czas, nie ta ekspresja, nie to tło. Płyta jest dobra, jest interesująca, cholernie ciekawa i zabawna. Jest naładowana pozytywną energią jak keks bakaliami po wyprzedaży w Biedronce. Wystarczy posmakować...
Lampy naftowe do dzisiaj zdobią niejedno mieszkanie. Nikt od nich nie wymaga światła. Zdobią. Czasem tylko warto z nich zetrzeć kurz. Zabłysną.
Wszystkie utwory: David Bowie
1. Uncle Arthur 2:07
2. Sell Me a Coat 2:58
3. Rubber Band 2:17
4. Love You till Tuesday 3:09
5. There Is a Happy Land 3:11
6. We Are Hungry Men 2:58
7. When I Live My Dream 3:22
8. Little Bombardier 3:24
9. Silly Boy Blue 3:48
10. Come and Buy My Toys 2:07
11. Join the Gang 2:17
12. She's Got Medals 2:23
13. Maid of Bond Street 1:43
14. Please Mr. Gravedigger 2:35
Podobno na wydaniu amerykańskim nie zmieściły We Are Hungry Men oraz Maid of Bond Street.
Wykonawcy:
David Bowie – vocals, guitar;
Big Jim Sullivan – guitar, banjo, sitar (11);
John Renbourn – acoustic guitar (1, 2, 4–7, 10, 12);
Derek Boyes – organ;
Derek Dek Fearnley – bass;
John Eager – drums;
Marion Constable – backing vocals (9);
Arthur Greenslade – arrangements (3, 4, 7).
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.