Ciekawe, czy Beatlesi – gdyby oczywiście dotrwali do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku – też stali by się zespołem dyskotekowym. Pytanie w tym miejscu jest o tyle zasadne, że pierwsze wcielenie zespołu Electric Light Orchestra było reklamowane jako grupa zaczynająca w tym miejscu, w którym Beatlesi skończyli.
Sporo w tym przesady, ale czego się nie robi dla reklamy. Inna sprawa, że późniejszy leader Jeff Lynne otwarcie deklarował swoje uwielbienie dla Wielkiej Czwórki z Liverpoolu.
Elektrycy, jak mówiło się na nich w moich młodych latach, zjednoczyli się na gruzach, skądinąd świetnej, grupy Move. Zmęczeni graniem tradycyjnego rocka, w celu odświeżenia formuły zdecydowali się tworzyć nowy materiał wykorzystując akustyczne instrumenty kojarzone bardziej z orkiestrami symfonicznymi i muzyką klasyczną, ewentualnie jazzem. Pomysł ciekawy, ale jak się okazało na krótką metę. Aby finansować nowy projekt, kontynuowali działalność Move, co samo w sobie powinno im już dać do myślenia, gdy połowę koncertu grali jako Move, a drugą jako Electric Light Orchestra (nieco w uproszczeniu, ale tak to mniej więcej wyglądało).
Mój pierwszy świadomy kontakt z muzyką Elektryków nastąpił za sprawą radiowej Trójki, gdy udało mi się nagrać piosenkę Ticket To The Moon. Musiał być więc to w przybliżeniu rok 1981. Piosenka jaka jest, każdy słyszy. Nie ma chyba w tym nic dziwnego, że zachorowałem na ELO (jako w skrócie do dzisiaj zapisuje się nazwę zespołu).
Choroba moja miała kilka trudnych momentów, bowiem muzyka Elektryków mocno ewoluowała na przestrzeni lat. I, o ile zachowywała charakterystyczne brzmienie, to nie zachowywała charakterystycznego stylu. Żeby to wszystko zrozumieć, warto posłuchać ich płyt w kolejności chronologicznej z prześledzeniem zmian osobowych włącznie i uwzględnieniem kilku klonów oryginalnego składu.
Cóż, z biegiem lat moja choroba stała się uleczalna i dzisiaj mam już do twórczości ELO stosunek o wiele mniej bałwochwalczy. Nigdy nie byłem wielbicielem disco, a w tym kierunku zespół niebezpiecznie poszybował. Co gorsza, wznowienie działalności po wielu latach już w XXI wieku udowodniło, że Jeff Lynne mocno zakotwiczył w stylistyce lat osiemdziesiątych, chociaż otaczający go świat już kilka razy obleciał słońce dookoła.
Ale cóż, nostalgia za młodością rządzi się własnymi prawami i oczywiście mam te wszystkie płyty. Po stare sięgam częściej, bo ta cholerna nostalgia jest cudowną pożywką dla dorosłych marzeń. A ja wciąż lubię marzyć.
Dyskografia
jako The Electric Light Orchestra / ELO
Live
jako Jeff Lynne's ELO
Live
jako Electric Light Orchestra / ELO Part II
Live
jako The Orchestra
Live
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.