To mogłaby być bardzo dobra płyta, gdyby nie fakt, że to nie jest dobra płyta.
To nieprawda, że w czambuł tatarski potępiam cały syntetyczny pop lat osiemdziesiątych. Dorastałem wtedy, słuchałem wszystkiego, co się dało, a dało się to, co puszczało ogólnodostępne radio i telewizja. Siłą rzeczy wiele z tych nagrań ma dla mnie wartość sentymentalną. A i łza się czasem zakręci przy czymś obleśnie kiczowatym, ale przywołującym pierwsze podrygi na dechach nad zalewem w Siczkach.
Kiedy pisałem książkę opartą na życiorysie Henryka Troszczyńskiego, Warszawskiego Powstańca (miałem ten zaszczyt, że nazywał mnie przyjacielem), powiedział mi bardzo szczerze, że on tęskni za tamtym czasem, za okupacją, za Powstaniem. Bo był wtedy młody. To są najsilniejsze wspomnienia. Wtedy człowiek może wszystko. Wtedy człowiek jest nieśmiertelny. Henryk nie tęsknił za złem. Tęsknił za sobą.
Doskonale go rozumiem. Jak i całe pokolenie wzdychające za zdechłą już komuną. Byliśmy młodzi. Nic innego nie było tak ważne. Nasze ideały też wynikały z młodości.
Dość tego.
Do dzisiaj z przyjemnością słucham Yazoo, gdzie minimalistyczny podkład był pretekstem do genialnego głosu Alison Moyet. Wracam do Talk Talk, bo już od pierwszych płyt była tej muzyce niesamowita wrażliwość, która wybuchła z całą mocą od The Colour of Spring. Chętnie wracam do pierwszego Alphaville. Że o Kraftwerk nie wspomnę. Ale, co bardzo ważne, te zespoły definiowały ówczesną muzykę na swój sposób. To nie była kolaboracja, odejście od wcześniejszego stylu, to nie była adaptacja, ale tworzenie czegoś nowego. Mogło się podobać lub nie, ale miało ten ulotny powiew świeżości.
I dlatego tak trudno mi było (dzisiaj już łatwiej) zaakceptować tę płytę Iana Andersona. Na fali nowej fali popłyną z falą, by nie utonąć. I trochę go podtopiło. Bo nie znalazł ani nowych odbiorców, ani nie przekonał starych. Wykreowany przez niego elektroniczny świat czerpiący z dokonań najlepszych wzorów tamtego okresu, zatrzymał się jakby w połowie kroku. Gdyby odrzucić cały ten plastikowy blichtr, ten upiorny, tępy automat perkusyjny, gdyby w sekwencje klawiszy tchnąć ciut więcej wirtuozerii, okrasić to gitarami, mocniej fletem i basem...
Lubię marzyć.
Bo posłuchajcie samego głosu Andersona. Śpiewa jak natchniony, jak tylko on to potrafi. Wpisując się w nową stylistykę i odrzucając folkową przeszłość, śpiewa o odhumanizowanym świecie komputerów, o alienacji, o zagrożeniach i nieprzewidywalnej przyszłości, przyszłości niepewnej, bo coraz głośniej mówi się o zjednoczeniu Niemiec podzielonych po drugiej wojnie światowej. Posłuchajcie zamykającej album Different Germany, w której brzmi chłód zimnej wojny i lęk przed powtórką niedorobionej lekcji.
Henryk Troszczyński też się tego bał. Stąd to skojarzenie na początku, które wcale nie było przesadzone. Bo Henryk kochał muzykę. Także tę nowoczesną... z jego młodych lat.
1. Fly By Night 3:55
(Ian Anderson, Peter-John Vettese)
2. Made in England 5:00
(Ian Anderson, Peter-John Vettese)
3. Walk Into Light 3:11
(Ian Anderson)
4. Trains 3:21
(Ian Anderson, Peter-John Vettese)
5. End Game 3:20
(Ian Anderson)
6. Black and White Television 3:37
(Ian Anderson)
7. Toad in the Hole 3:24
(Ian Anderson)
8. Looking For Eden 3:43
(Ian Anderson)
9. User-Friendly 4:03
(Ian Anderson, Peter-John Vettese)
10 Different Germany 5:24
(Ian Anderson, Peter-John Vettese)
Wykonawcy:
Ian Anderson – vocals, flute, guitar, bass, keyboards;
Peter-John Vettese – keyboards.
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.