Za rok, w 2027, minie 60 lat, jak różni ludzie zakręceni muzyką jak ogórki twist-offem zastanawiają się, co takiego jest w tej płycie, że wciąż intryguje, przyciąga, podoba się i inspiruje. Nie ma prostej odpowiedzi. Prawdopodobnie skłąda się na nią wiele czynników, ale istnieje też jedna brutalna prawda, w zaakcpetowaniu której nie pomogę: każdy musi odpowiedzieć sobie sam.
Podpowiedź: mnie się jeszcze nie udało, a znam tę płytę od urodzenia.
Nie zamierzam się tutaj bawić w jakieś naukowe analizy. Jest ich tyle w książkach, gazetach, a przede wszytskim w internecie, że nie potrafię napisać czegoś nowego. Każda nuta tej płyty została wielokrotnie rozłożona na części, obejrzana pod światło i złożona z powrotem do kupy. Jedno, moim zdaniem, jest pewne: ta płyta cholernie się zestarzała. Ktoś kiedyś polecił, żeby słuchać jej wersji monofonicznej. W 1967 roku technika stereofoniczna była w powijakach, płyty ukazywały się w dwóch formatach: mono i stereo. Przy czym ówczesne stereo technicznie pozostawiało wiele do życzenia i zamiast poszerzać doznania artystyczne, bywało zwyczajnie irytujące.
Na szczęście niektórzy z nas dożyli XXI wieku.
Nie wiem, co przyszłe pokolenia jeszcze wymyślą i jestem tego bardzo ciekawy, ale na razie wystarcza mi to, co jest. A jest, na przykład, reedycja The Piper at the Gates of Dawn z 2007 roku. To trzypłytowe pudełko zawierające wersję mono, wersję stereo i na trzecim dysku bonusy z singli i odrzucone nagranie oraz niezrealizowane do końca wersje. Polecam zwłaszcza odświeżoną kopię stereofoniczną. Tutaj słychać dokładnie to, co napisałem wcześniej: zestarzała się technika, muzyka właściwie ani trochę.
I, żebyśmy się dobrze zrozumieli, oczywiście słychać, że to kompozycje mocno osadzone w brytyjskiej psychodelii lat sześćdziesiątych, ale spojrzenie Pink Floydów na tę psychodelię wciąż pozostaje świeże, a nawet wręcz ożywcze. Szczególnie dla kogoś, kto po raz pierwszy posłucha tej muzyki.
To tak, jak chociażby z filmem Dwunastu gniewnych ludzi z genialną rolą Henry'ego Fondy. Właśnie sobie uzmysłowiłem, że ten film powstał 1957 roku, równo 10 lat przed debiutem Pink Floyd. Czyli to film bardzo stary. To film czarno-biały (i niech taki pozostanie). Czyli stary podwójnie. To film nakręcony dawną techniką. Ba, wszyscy aktorzy pewnie już dawno nie żyją. A jednak, kto nie widział niech koniecznie zobaczy, ten film jest wciąż aktualny. Oglądany po raz setny robi dokładnie takie samo wrażenie, chociaż teoretycznie wiesz już, jak to wszystko się skończy, a i tak odruchowo zaciskasz dłonie. I właściwie nie wiadomo, dlaczego. Jest dwunastu facetów. Siedzą w ciasnym, dusznym pokoju i rozmawiają. Właściwie nic więcej.
Po setnym przesłuchaniu The Piper at the Gates of Dawn doskonale będziesz wiedział, jak to się zaczyna i jak się kończy. Ale w środku, za każdym razem, wydarzy się coś, co jeszcze Cię zaskoczy. Wiele różnych muzycznych perełek można tu odkrywać całymi dniami. A potem, gdy już zmęczony wyłączysz płytę, okaże się, że wciąż prześladują Cię te liryczne, wręcz przebojowe fragmenty. Więc wracasz do nich, żeby sobie dokłdnie przypomnieć i znów wpadasz w ten dziwny, kosmiczny wir psychodelicznego szaleństwa.
Pod wieloma względami ta płyta to unikat. Pomijając jej stronę artystyczną, to jedyna płyta Pink Floyd bez gitary Davida Gilmoura. I jedyna zaprojektowana przez pierwszego, niekwestionowanego lidera grupy, Syda Barreta.
„Sukces albumu wynikał z tego, jak zespół umiejętnie równoważył dźwiękowe poszukiwania na koncertach na żywo i dysponował sprawnie napisanymi piosenkami, takimi jak wczesne hity Arnold Lane i See Emily Play. Nikt nie pisał lepszych psychodelicznych singli niż Syd Barrett. Nawet piosenka Astronomy Domine krążyła wokół bardzo znajomej struktury popowej. Kompozytor ten wyraźnie walczył o kontrolę nad muzyką, jak również swoim umysłem, a basista Roger Waters, pianista Richard Wright i perkusista Nick Mason parli do dalszych podróży kosmicznych. To napięcie zrodziło popisowy efekt barokowej piosenki Matylda Mother i jazzującej Pow R Toc H. Centralnym punktem albumu jest dziesięciominutowa podróż statkiem kosmicznym Interstellar Overdrive, w czasie której słychać najlepszą nie-Glimore'owską grę na gitarze w dorobku zespołu.” – Jim Harrington z leksykonu 1001 albumów muzycznych.
Syd Barret to postać tragiczna, jak wielu innych nadwrażliwców, których przerasta bycie częścią świata. Tą płytą Syd Barret rozpoczął swoją kosmiczną podróż, z której już nigdy nie wrócił.
Wersja europejska (brytyjska)
1. Astronomy Dominé 4:12
(Syd Barrett, Richard Wright)
2. Lucifer Sam 3:07
(Syd Barret)
3. Matilda Mother 3:08
(Syd Barrett, Richard Wright)
4. Flaming 2:46
(Syd Barret)
5. Pow R. Toc H. 4:26
(Syd Barrett, Roger Waters, Richard Wright, Nick Mason)
6. Take Up Thy Stethoscope and Walk 3:05
(Roger Waters)
7. Interstellar Overdrive 9:41
(Syd Barrett, Roger Waters, Richard Wright, Nick Mason)
8. The Gnome 2:13
(Syd Barret)
9. Chapter 24 3:42
(Syd Barret)
10. The Scarecrow 2:11
(Syd Barret)
11. Bike 3:21
(Syd Barret)
Wersja USA
1. See Emily Play 2:53
(Syd Barret)
2. Pow R. Toc H. 4:26
(Syd Barrett, Roger Waters, Richard Wright, Nick Mason)
3. Take Up Thy Stethoscope and Walk 3:05
(Roger Waters)
4. Lucifer Sam 3:07
(Syd Barret)
5. Matilda Mother 3:08
(Syd Barrett, Richard Wright)
6. The Scarecrow 2:11
(Syd Barret)
7. The Gnome 2:13
(Syd Barret)
8. Chapter 24 3:42
(Syd Barret)
9. Interstellar Overdrive
(Syd Barrett, Roger Waters, Richard Wright, Nick Mason)
40th Anniversary Edition 2007:
CD 1 – The Piper at the Gates of Dawn (mono mix)
CD 2 – The Piper at the Gates of Dawn (stereo mix)
CD 3 – Bonus disc
1. Arnold Layne 2:57
(Syd Barret)
2. Candy and a Currant Bun 2:45
(Syd Barret)
3. See Emily Play 2:54
(Syd Barret)
4. Apples and Oranges 3:05
(Syd Barret)
5. Paintbox 3:45
(Richard Wright)
6. Interstellar Overdrive (Take 2) (French Edit) 5:15
(Syd Barrett, Roger Waters, Richard Wright, Nick Mason)
7. Apples and Oranges (Stereo Version) 3:11
(Syd Barret)
8. Matilda Mother (Alternative Version) 3:09
(Syd Barrett, Richard Wright)
9. Interstellar Overdrive (Take 6) 5:03
(Syd Barrett, Roger Waters, Richard Wright, Nick Mason)
Skład:
Syd Barrett – lead guitar, vocals;
Roger Waters – bass guitar, vocals;
Rick Wright – organ, piano, vocals;
Nick Mason – drums;
oraz
Peter Jenner – intro vocalisations Astronomy Dominé;
Norman Smith – drum roll Interstellar Overdrive.
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.