To było, z silnym akcentem na czas przeszły, połączenie idealne: Ritchie Blackmore i Ronnie James Dio. Pierwszy z silną gitarą, drugi z silnym głosem. Pierwszy marzący, by stać się czarnym rycerzem epoki średniowiecza, drugi wierzący w siłę i magię smoków. Pierwszy powoli przestawał dowodzić macierzystym zespołem Deep Purple, drugi nigdy nie potrafił pokierować macierzystym zespołem Elf. Usiedli więc obaj i skomponowali piosenkę. Spodobała im się, więc skomponowali drugą. Pierwszy odszedł od Deep Purple, drugi chętnie oddał Elfa pod jego kierownictwo. Zarezerwowali studio, by nagrać singiel, wyszedł im z tego longplay.
Tak w telegraficznym skrócie (chyba dzisiaj powinienem napisać „esemesowym skrócie”) przedstawia się geneza zespołu, któremu nie udało się wypełnić luki po Deep Purple – Mark 2, jak zwykło się określać złoty wiek tegoż zespołu. A chociaż dziury tej nie załatał, to wywalczył sobie silną pozycję tuż obok, zjednując dużą rzeszę dotychczasowych fanów oraz całkiem nowych.
Bo Rainbow od pierwszej płyty to była nowa jakość. Ani lepsza, ani gorsza. Inna. O wiele łagodniejsza, bardziej melodyjna, z wirtuozerią ustawioną na kunszt wykluczający improwizację.
I spodobała się. Może szaleństwa nie było, ale początek zapowiadał się obiecująco. Zwłaszcza na tle. Bo tło jakoś dziwnie wyblakło. Straciło pazury
Doskonale pamiętam mój pierwszy raz przy tej pierwszej płycie. Wyjątkowej pod wieloma względami, bowiem żadna już nie powstała w tym składzie i przez wiele lat żadna nie nosiła logo Ritchie Blackmore's Rainbow. To nie był tytuł płyty. To była nazwa zespołu niedługo później skrócona do jednego tylko wyrazu. I pamiętam mój ówczesny zachwyt nad tą płytą. Podobała mi się jej energia, chwilami zwyczajnie rock and rollowa, a ja do rock and rolla mam dozgonną słabość. Podobały mi się wokale, melodyjność głosu i gitary. No i ballady, w komponowaniu których Ritchie Blackmore był mistrzem.
No i te rzeczone ballady najlepiej zniosły próbę czasu. Reszta, niestety, pokryła się patyną. Podejrzewam, że tylko siwobrode dinozaury sięgają po ten krążek, dla ożywienia duchów przeszłości i rozbudzenia sentymentów. Co nie znaczy, że płyta jest zła. Po prostu broni się coraz słabiej. I nikt nie wie, jak długo to potrwa. Chociaż pewnie Catch the Rainbow jeszcze wielokrotnie trafi na składanki z serii Metal Ballads, czy jakieś podobne. Bo śliczna ballada to.
A z tego pierwszego przesłuchania pamiętam tylko jedno bolesne rozczarowanie. Instrumentalna wersja Still I'm Sad. Rzuciłem się na nią zachłannie. Uwielbiałem (i uwielbiam) oryginał. Wyobrażałem sobie, co z tym numerem potrafi zrobić Blackmore. I tu wyobraźnię, co zdarza się dość rzadko, pokonała rzeczywistość. A mnie zostało przełknąć gorzką pigułkę, tym większe, że ten utwór zamyka płytę. Już przed wiekami mędrcy odkryli, że z całości publiczność najlepiej zapamiętuje początek i koniec.
Niestety.
Dlatego, po latach, błogosławiłem wynalazek płyty kompaktowej, bo mogłem ją zaprogramować bez ostatniego znacznika. Ale wtedy, dawno, dawno temu, posiadałem jedynie kopię na kasecie, a to wiązało się z koniecznością ciągłego przewijania taśmy. I dość szybko mi się to znudziło...
Josif Broski napisał kiedyś:
Nuda jest (...) oknem na nieskończoność czasu, to znaczy, na naszą w nim znikomość. Z niej chyba rodzi się strach przed samotnymi, nużącymi wieczorami, fascynacja, z jaką niekiedy obserwujemy pyłek kurzu wirujący w promieniu słońca, gdy gdzieś tam cyka zegar, dzień jest upalny, a nasza siła woli równa się zeru. Kiedy to okno się otworzy, proszę nie próbować go zamykać; przeciwnie, trzeba otworzyć je na oścież. Albowiem nuda przemawia językiem czasu i może przynieść najcenniejszą lekcję w życiu(...) – lekcję naszej dogłębnej znikomości.(...) „Jesteś skończony – powiada człowiekowi czas głosem nudy – cokolwiek więc zrobisz, zrobisz to, z mojego punktu widzenia na próżno”.
Przestałem przewijać kasetę. Tylko czasem, do znudzenia, próbuję uchwycić tęczę.
Prawie wszystko: Ritchie Blackmore oraz Ronnie James Dio
1. Man on the Silver Mountain 4:38
2. Self Portrait 3:16
3. Black Sheep of the Family (Quatermass cover) 3:20
(Steve Hammond)
4. Catch the Rainbow 6:40
5. Snake Charmer 4:30
6. The Temple of the King 4:46
7. If You Don't Like Rock 'n' Roll 2:36
8. Sixteenth Century Greensleeves 3:35
9. Still I'm Sad (instrumental, The Yardbirds cover) 3:53
(Paul Samwell-Smith, Jim McCarty)
Wykonawcy:
Ritchie Blackmore – guitars;
Ronnie James Dio – vocals;
Gary Driscoll – drums;
Craig Gruber – bass;
Mickey Lee Soule – piano, Mellotron, Clavinet, organ;
oraz
Shoshana Feinstein – backing vocals on Catch the Rainbow & Still I'm Sad.
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.