Rocznik 1945
Jego życie to zataczająca koło historia faceta, który młodzieńczą frustrację, wynikającą z ciągłego wykonywania cudzych utworów i braku indywidualnej osobowości, przetopił w platynę.
Było lato 1983 roku. Może nie tak upalne jak dni końca czerwca 2026 roku, kiedy to piszę. A jest poniedziałek 29 czerwca. Od kilku dni żar leje się z przepięknie błękitnego nieba. Termometrom zaokiennym skończyła się skala. Polskie koleje odwołały większość pociągów. Wciąż padają kolejne rekordy skwaru w Polsce.
Nawet pisać się nie chce.
Na szczęście jest muzyka.
Było lato 1983 roku. Jakoś wyjątkowo pojechaliśmy wspólnie z siostrą na obóz do jakiejś małej miejscowości gdzieś w górach. Chyba to były Karkonosze, ale głowy nie dam. Nazwa miejscowości wyleciała z pamięci. Zostały jakieś fragmenty wspomnień, nawet całkiem sympatycznych. Ale muzycznie zapisały się one trzema piosenkami, które królowały na parkietach każdej podmiejskiej dyskoteki: Kryzysowa narzeczona, wielki przebój Lady Pank, do tego Juliet solowy koszmarek wyśpiewany przez solowego BeeGeesa czyli Robina Gibba i wreszcie Baby Jane z najnowszej wtedy płyty Roda Stewarta.
Święty Jacku z pierogami, jak mi wtedy obrzydły te trzy utwory zakatowane przez radio, domorosłych didżejów oraz śpiewy przy ognisku! Błyszczący odpust lat osiemdziesiątych powoli wkraczał w swoje apogeum i mało który artysta oparł się jego, co tu dużo mówić, nieco tandetnemu urokowi. Zgrzeszył też Rod Stewart. A mnie odechciało się go słuchać.
Przez wiele lat praktycznie dla mnie nie istniał. Nawet nie próbowałem się z nim zaprzyjaźniać. Na starych taśmach i kasetach nie było żadnej jego piosenki.
Zacietrzewione apogeum niechęci całkowicie odrzuciło nawet, o wiele przecież wcześniejszą niż Baby Jane, przepiękną piosenkę Sailing uznając ją za przesłodzoną, przelukrowaną, przecukierkowioną pańską skórkę owiniętą w błyszczący papierek sprzedawaną na ołtarzu ludzkiej pseudoromantyczności.
Byłem już mocno dorosłym facetem, gdy młodszy kolega z pracy podrzucił mi dwie wczesne płyty Stewarta. Przesłuchałem. Nie były złe. Ale.
Poważny wyłom w tym zacietrzewieniu pojawił się wraz z pierwszymi dwiema płytami Jeffa Becka. Szczególnie Truth. Późno ją poznałem, późno ją kupiłem, więc późno dowiedziałem się, że ten rewelacyjnie śpiewający facet nazywa się Rod Stewart i o zbieżności nazwisk nie ma mowy. Tama runęła jak w filmie Komandosi z Navarony i dalej już poszło. Fajnie było odkrywać coś, co się samemu zakopało.
Historia Roda Stewarta, to historia jego płyt nagrywanych solo i w różnych konfiguracjach zespołowych. Jakoś się kiedyś przez to przebijemy.
Piszę o tych konfiguracjach, bo Stewart całymi latami szukał samego siebie. Zabijała go frustracja, że wciąż kogoś kopiuje, czy to grając na harmonijce ustnej we wczesnych latach budowania kariery, czy śpiewając w kapelach ograne hity innych wykonawców. Szukał, próbował, przebierał, kombinował. A kiedy już wreszcie okrzepł, z czystym sumieniem tryumfalnie wrócił do cudzych hitów nagrywając multiplatynową serię The Great American Songbook. Ale to uczynił już na swoich własnych warunkach. No i głosem, którego nie można pomylić.
Dyskografia solowa
Albumy studyjne:
Live
Kompilacje:
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.