Taj Mahal  płyty

Taj Mahal - Taj Mahal

1968

Jedna z tych nielicznych płyt, na której, po 60 latach od ukończenia nagrań, można spokojnie przywalić sygnaturę 2026 i nikt, kto wcześniej jej nie słyszał, nie ma prawa się zorientować, że leci muzyka z głębokiego archiwum. Takie perły zdarzają się rzadko i są zasługą ludzi odważnych. Ludzi podążających za swoim własnym wewnętrznym ja wbrew zmieniającym się upodobaniom publiczności.


Swoją drogą, mało kto o tym pamięta, że nie ma czegoś takiego, jak upodobania publiczności. Poza truizmem, że upodobania się zmieniają, zmienia się przede wszystkim publiczność. Wielkość Elvisa Presleya przejawiała się między innymi w tym, że on dorastał wraz ze swoją publicznością, co wielu twórcom się zwyczajnie nie udało.


Nie wiem, jak Taj Mahal tego dokonał, ale on był dorosły od razu. Miał dopiero 25 lat. Jak na muzyczny debiut, to sporo. Jak na tak dojrzały debiut, to diabelnie mało. Jego harmonijka brzmi mądrze, dojrzale, prawdziwie, szczerze. A przecież nagrywał ten materiał w 1967 roku, roku najlepszym w historii muzyki, roku bogatym jak łąka w kwiaty, boć to przecież rozkwit hippisowskich barw i wolności. Mało kto oparł się wtedy wpływom psychodelii. Słychać ją na niemal wszystkich płytach z lat 1967 i 1968.
Ale tutaj jej nie ma.


Tutaj jest wspaniały, energetyczny i elektryczny blues, mocno siedzący grubymi korzeniami w tradycji, ale jakże w tym wszystkim świeży, pogodny, chwilami wręcz radosny. To płyta do ładowania akumulatorów bez halucynogennych grzybków, LSD i kocimiętki. To energia w czystej postaci. Legenda głosi, że gdy Duanne Allman (ten z Allman Brothers Band i ten sam, który pomógł Ericowi Claptonowi stać się nieśmiertelnym dzięki otwierającej solówce w genialnej kompozycji Layla), niedomagał nieco z powodu przeziębienia, rodzony brat Greg Allman podrzucił mu fiolkę z lekarstwem i tę właśnie płytę. Gdy wrócił po godzinie, Duann leżał z gitarą, na palcu miał założoną szklaną buteleczkę po lekach i ćwiczył slidowy riff ze Statesboro Blues. Trzy miesiące później ta właśnie kompozycja otwierała już każdy koncert Allmanów w oryginalnym składzie.


Na tej płycie, trwającej raptem 37 minut, nie ma ani jednej kompozycji autorskiej. Wszystkie natomiast są tak przearanżowane, jakby wyszły spod jednej ręki. Aż gęste od energii, bez zbędnych nut i fraz. Zapytany o to Taj Mahal miał powiedzieć mniej więcej coś takiego: oczywiście, że mogłem zagrać, jak Robert Johnson w 1920 roku, ale mamy rok 1967 i chcę grać tak, jak gra się teraz.


No i wyszła mu płyta ponadczasowa. 


No dobra, nie wyszła, ale ją stworzył. Nie sam, ale z kilkoma genialnymi muzykami. Muszę o tym wspomnieć, chociażby dlatego, że od lat kocham gitarę Rya Coodera. Tutaj facet popisuje się także mistrzowską grą na mandolinie. Tego nie da się odsłyszeć. To zostaje w trzewiach, nawet jeżeli z bluesem ci nie po drodze.
Bo ta droga wiodła prosto na szczyt.



1. Leaving Trunk 4:51

   (Sleepy John Estes)

2. Statesboro Blues 2:59

   (Blind Willie McTell, arr. Taj Mahal)

3. Checkin' Up on My Baby 4:55

   (Sonny Boy Williamson II)

4. Everybody's Got to Change Sometime 2:57

   (Sleepy John Estes)

5. EZ Rider 3:04

   (arr. Taj Mahal)

6. Dust My Broom 2:39

   (Robert Johnson)

7. Diving Duck Blues 2:42

   (Sleepy John Estes)

8. The Celebrated Walkin' Blues 8:52

   (arr. Taj Mahal)


Wykonawcy:
Taj Mahal – vocals, harmonica, slide guitar;
Jesse Ed Davis – lead guitar, slide guitar;
Ry Cooder – rhythm guitar, mandolin;
Bill Boatman – rhythm guitar;
James Thomas – bass;
Gary Gilmore – bass;
Sanford Konikoff – drums;
Chuck "Brother" Blackwell – drums.


15 lutego 2026

Taj Mahal - Taj Mahal

Domyślna treść artykułu.


W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.