Podobno najnowsze wydanie tej płyty brzmi rewelacyjnie. Moje jeszcze miejscami trzeszczy, jakby do odtwarzacza wpadł porysowany winyl. Edward Ka-Spel nagrał tę muzykę na pożyczonym sprzęcie podczas dwóch weekendów. Taśmy zostały u kumpla prowadzącego jako takie wydawnictwo. Wytłoczył dwa tysiące kopii. Kopie poszły do ludzi. Kumpel poszedł precz. Taśma matka poszła leżeć pod ławką w ogrodowej altanie. Ktoś odnalazł ją po dwóch latach. Nadawała się jedynie do tego, żeby zrobić z niej kopcia (o ile podstarzali uczniowie jeszcze pamiętają, co to było).
Ci, którzy zetknęli się z twórczością Edwarda Ka-Spela, zarówno jako lidera zespołu Legendary Pink Dots (znanego u nas jako Legendarne Różowe Kropki), jak i artysty solowego, wiedzą, że nagrywa on dużo, a nawet jeszcze więcej. Nie bardzo przywiązywał wtedy wagę do tych starych nagrań. Szedł dalej, nagrania szły do ludzi. Ta się to kręciło.
Ale czas i rynek mają swoje prawa. A te prawa zaczęły się domagać cyfrowych wznowień, kolejnych wydań. No i na podstawie dwóch najlepiej zachowanych winyli udało się tę muzykę odtworzyć i tchnąć w nią nowe życie. Było to życie jeszcze mocno niedoskonałe i nieco trzeszczące, ale było! Obecnie, ponoć, najnowsza technika pozwoliła na usunięcie większości mankamentów. Tak czytałem. Nie słyszałem.
Próbuję sobie teraz przypomnieć, co robiłem w 1984 roku. Nie wiem. Nie pamiętam. Na pewno nie wiedziałem, że istnieje ktoś taki jak Edward Ka-Spel i naprawdę bardzo tego żałuję. Chciałbym móc usłyszeć to brzmienie wtedy i wiedzieć, co by wtedy poczuł ten młodszy ja. Ta muzyka jest tak odmienna, że nawet gdybym jej nie zrozumiał, to na pewno by mnie przyciągnęła nieprawdopodobnym minimalistycznym klimatem.
Mam słabość do minimalistów. Nie wiem dlaczego.
Ta płyta, a jest to przecież solowy debiut, chwilami brzmi jak Kraftwerk z najlepszych czasów, czasem jak dojrzały Peter Hammill. Jest w niej chłód zimnej fali, ale też liryzm Van Der Graaf Generation i eksperymenty młodego Vangelisa.
Gdzieś przeczytałem, że ten album straszliwie się zestarzał. Pozwolę sobie się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Owszem, zestarzały się instrumenty, głównie brzmienie automatu perkusyjnego, ale on, właśnie tak przestarzały, pasuje do tej nostalgicznej całości. Nie wiem, jak udało się Edwardowi wyczarować tak różnorodne klimaty przy jego minimalistycznych zapędach...
Hm... Słowo zapędy przy tych kompozycjach zdecydowanie brzmi zbyt prędko.
Edward Ka-Spel, ja to tak widzę, cały jest muzyką. Z jego wnętrza wszystko to powolutku wypływa, a on ma czas na zastanowienie: to teraz wypuścimy na świat taki akord, a teraz dodamy ten klawisz, a teraz uderzymy sobie tutaj, a teraz dorzucimy tchnienie wiatru i wpleciemy kłótnię dzieci... i kolejny klawisz, pasaż, akord... jakiś chór?
Oczywiście, jak to zwykle u Ka-Spela, jest to płyta ponura, smutna, chwilami rozdzierająca. I, jak za każdym razem, ten facet udowadnia, że smutek ma wiele twarzy i każdy lament brzmi inaczej. Cholernie dojrzały debiut.
Piękna płyta. Mało znana płyta. Nie dla każdego płyta. Nie na każdy dzień płyta. Nie na każdą noc płyta.
Ale czas ma czas. Czas poczeka. Aż przyjdzie czas. Podobno czekanie jest tęsknotą. W tęsknotę wpisany jest smutek.
Smutek bywa muzyką. U Edwarda Ka-Spela prawie zawsze.
Wszystkie kompozycje Edward Ka-Spel
(wykaz utworów według wznowienia z 2020 roku)
1. Lilith's Daughter 03:48
2. Eye Contact 04:30
3. Lady Sunshine 02:54
4. Find The Lady 03:33
5. Requiem 03:40
6. Suicide Pact 05:43
7. Paradise Then 03:12
8. Irrational Anthem 01:09
9. Lisa's Funeral / The Glass Moved By Itself 06:47
10. Atomic Roses 05:54
Skład:
Edward Ka-Spel – voice, keyboards, hammer;
Patrick Q. Wright – vocals, violin and keyboards Requiem;
Patrick White – guitar Lisa’s Funeral.
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.