Emerson, Lake & Palmer - Emerson, Lake & Palmer

1970

Są płyty zabójcze. Jak ten debiut trzech facetów, których nazwiska stworzyły nazwę jednego z najbardziej progresywnych zespołów tamtej epoki. 
Nie zaczynali od zera. Każdy z nich już miał silną pozycję i renomę, a za sobą naprawdę ważne i świetne płyty. Dla przypomnienia: Keith Emerson to klawiszowa podpora zespołu The Nice, bo Greg Lake to głos i bas King Crimson, no i Carl Palmer z zespołów Crazy World of Arthur Brown, a później Atomic Rooster. Zaczynać od nowa po takich doświadczeniach to albo straceńcza odwaga, albo szaleństwo, co zazwyczaj na jedno wychodzi. Żeby wygrać, musieli zagrać va banque stawiając wszystko na jedną kartę. Nowe otwarcie robi się tylko raz. Kolejne, to już popłuczyny po rozlanym mleku.

 

Pierwsza płyta musiała być więc biletem wizytowym i statutem programowym w jednym, tym bardziej, że nagrywali ją, zanim zaczęli koncertować. Nie znali reakcji publiczności na ich nową muzykę. Publiczność nie wiedziała, czego się po nich spodziewać.
Mózgiem całej tej operacji był Keith Emerson, czyli, jak na ironię, ten z najmniejszymi dotychczasowymi sukcesami. Może dlatego tak diablo zmotywowany. Z The Nice wyniósł jasną wizję nowej muzyki. W uproszczeniu: miała to być nowa odsłona muzyki klasycznej dla rockowo uformowanego odbiorcy. Miała być w tym i klasyka, i całkiem nowe kompozycje, ale utrzymane w klimacie. I tyle. Aż...

 

Już sam skład instrumentalny przedstawiał się nietypowo, bo tylko klawisze, bas i perkusja. Podobno odrzucił kandydaturę Roberta Frippa na stanowisko gitarzysty, gdy jego King Crimson po raz pierwszy dogorywał po oszałamiającym sukcesie. Emerson nakreślił jasno drogę, którą miała podążać nowa supergrupa. Dwaj doskonali instrumentaliści teoretycznie doskonale pasowali to tej wizji. Obaj już mieszali rocka, progresję, klasykę i jazz podając je w kunsztownej formie. Greg Lake coś tam przebąkiwał, że może jednak gitara akustyczna by się czasem przydała, na przykład gdyby przyszło zagrać jakąś balladę, ale na ballady w światopoglądzie Emersona miejsca nie było. Wirtuozeria, maestria, nieco pompatyczności, przekraczanie granic i żadnej nudy. Wokal, owszem tak, bo gdy ma się w składzie taki głos, jakim dysponował Greg Lake, to grzechem byłoby go nie wykorzystać. Ale na debiutanckiej płycie tego wokalu jest jak na lekarstwo. Powód był prosty. Czas. Mało czasu na wszystko. Zbyt mało czasu. I wokalista nie zdążył napisać tekstów. 


Ale i tak wszystko grało, o czym można się przekonać włączając płytę. Co prawda Take A Pable zaczyna się i kończy jak rasowa ballada, ale to, co dostajemy w środku ma tyle wspólnego z balladą, co kraj z krajalnicą. Zapożyczenia od kompozytorów klasycznych były (swoją drogą przypisanie sobie kompozycji Béli Bartóka było lekkim przegięciem, dopiero wdowa po kompozytorze wymogła na zespole zmianę adnotacji na kolejnych wydaniach płyty, a panowie zdaje się, że po prostu nie sprawdzili, czy żyje ktoś ze spadkobierców... a tu żona..., głupio wyszło). Coś tam uszczknęli od Johanna Sebastiana Bacha, coś od Leoša Janáčeka, uczciwie przyznam, że nie wiedziałem wtedy, kto to. Czeski kompozytor, napisał kilka książek z teorii muzyki. Zdolny człowiek. Zmarł w 1928 roku. 


Ta płyta jest aż gęsta od pomysłów, od barw, zgrzytliwych pasaży, dudniącego basu i szalejącej perkusji. Taki był rock końcówki lat sześćdziesiątych u progu nowej ery. I miał swoją wymagającą, a jednocześnie doskonale wykształconą publiczność, która chciała czasem zaszaleć, by poczuć wolność. Wolność od wszelkich zbrojnych trosk tego świata.


Taka była ta płyta w założeniu. Prawie taką udało im się nagrać. Owszem, nie jest równa. Są pewne mielizny, które słychać zwłaszcza po latach, ale zaraz potem wpada się w muzykę po same uszy. Taka była ta płyta, ale... była za krótka. Kontrakt mówił jasno: ma być najmarniej 40 minut muzyki. Nie było.


Wtedy Greg Lake wyciągnął z pamięci piosenkę, którą napisał jako wczesny nastolatek. Raz mówił, że miał wtedy 13 lat, innym razem, że 16. Mało ważne. Panowie pokombinowali i na zamknięcie płyty trafiła nieco ckliwa, pacyfistyczna ballada. Nazywała się Lucky Man i na dodatek wymagała gitary.


Są płyty zabójcze. Tę stworzyła ta jedna piosenka. Piosenka, która stała się jako takim przebojem, w każdym razie stacje radiowe chętnie ją puszczały. Bo... była ładna. Ta ballada pociągnęła sprzedaż całej płyty i jednocześnie właśnie ona przekreśliła cały manifest artystyczny Emersona. Zabiła go na wejściu. Nawet ówcześni recenzenci, wychwalając album pod niebiosa, stwierdzili, że trio zatrzymało się w swojej rewolucji przed ostatnim krokiem. Jakby zabrakło odwagi.


A zabrakło jednego pomysłu. Zamiast pomysłu dostaliśmy jedną z najpiękniejszych ballad 1970 roku. I do dzisiaj nic się nie zmieniło. I do dzisiaj zespół Emerson, Lake & Palmer kojarzy się z piosenką Lucky Man i jej podobnymi, wciskanymi na kolejne krążki.
Ta piosenka, o ile nie zabiła, to na pewno zmodyfikowała ideę i –
wraz z całością – zdefiniowała zespół, jaki przeszedł do historii.

 

Podobno każda śmierć, to narodzenie.

 

PS. Po latach, w 2012 roku, płyta doczekała się nie tylko masteringu, ale też nowego miksu. Niestety, ze względu na braki w materiale wyjściowym, nowa wersja znacznie różni się od pierwowzoru. Szkoda, ale też w zamian dostaliśmy kilka smaczków z tamtych lat, które być może inaczej umknęłby naszej uwadze.


1. The Barbarian 4:27

     (Béla Bartók, arr. Keith Emerson, Greg Lake, Carl Palmer)

2. Take a Pebble 12:32

     (Greg Lake)

3. Knife-Edge 5:04

     (Keith Emerson, Greg Lake, Richard Fraser, Leoš Janáček, Johann Sebastian Bach)

4. The Three Fates: 7:46

a. Clotho
b. Lachesis
c. Atropos 

     (Keith Emerson)

5. Tank 6:49

     (Keith Emerson, Carl Palmer)

6. Lucky Man 4:37

     (Greg Lake)

 

2012 
CD 1 (Original Album Reissue)
1. The Barbarian 4:27

     (Béla Bartók, arr. Keith Emerson, Greg Lake, Carl Palmer)

2. Take a Pebble 12:32

     (Greg Lake)

3. Knife-Edge 5:04

     (Keith Emerson, Greg Lake, Richard Fraser, Leoš Janáček, Johann Sebastian Bach)

4. The Three Fates: 7:46
a. Clotho
b. Lachesis
c. Atropos 

     (Keith Emerson)

5. Tank 6:49

     (Keith Emerson, Carl Palmer)

6. Lucky Man 4:37

     (Greg Lake)

 

CD 2 (The Alternate ELP New 2012 Stereo Mixes)
1. The Barbarian 4:32

     (Béla Bartók, arr. Keith Emerson, Greg Lake, Carl Palmer)

2. Take a Pebble 12:36

     (Greg Lake; arr. Keith Emerson, Greg Lake, Carl Palmer, but not always credited) 

3. Knife-Edge (with extended outro) 5:38

     (Keith Emerson, Greg Lake, Richard Fraser, Leoš Janáček, Johann Sebastian Bach)

4. Promenade 1:29

     (Modest Mussorgsky, arr. Greg Lake, Keith Emerson / lyrics: Greg Lake)

5. The Three Fates: Atropos 3:11

     (Keith Emerson)

6. Rave Up 5:02

     (Greg Lake, Keith Emerson, Carl Palmer)

7. Drum Solo 3:02

     (Carl Palmer)

8. Lucky Man 4:39

     (Greg Lake)

 

Bonus tracks
9. Take a Pebble (alternate take) 3:40

     (Greg Lake)

10. Knife-Edge (alternate take) 4:19

     (Keith Emerson, Greg Lake, Richard Fraser, Leoš Janáček, Johann Sebastian Bach)

11. Lucky Man (first Greg Lake solo version) 3:02

     (Greg Lake)

12. Lucky Man (alternate take) 4:41

     (Greg Lake)


Skład:
Keith Emerson – Hammond organ, piano, clavinet, pipe organ, Moog modular synthesizer;
Greg Lake – vocals, bass, acoustic and electric guitar;
Carl Palmer – drums, percussion.


06 października 2025

Emerson, Lake & Palmer - Emerson, Lake & Palmer

Domyślna treść artykułu.


W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.