Hawkwind  płyty

Hawkwind - Hawkwind

1970

Bo każdy człowiek, który w przyszłości zwróci nocą wzrok na Księżyc, będzie wiedzieć, że jest zakątek innego świata, który na zawsze pozostanie świadectwem ludzkości.
Tak brzmi ostatnie zdanie orędzia, którego – na szczęście – prezydent USA Richard Nixon nigdy nie wygłosił, a które zostało napisane na wszelki wypadek. A konkretnie na wypadek, gdyby piloci z misji Apollo 11 nie wrócili na Ziemię, gdyby musieli zostać na księżycu. Na zawsze. ..


Był lipiec 1969 roku. Podbój kosmosu wszedł w zupełnie nową fazę i żył tym prawie cały świat. Angielskie słowo space, oznaczające odstęp, wolną przestrzeń, awansowało do roli kosmicznej. Space to kosmos. I już.
Był 1969 rok. Hippisowska muzyka zawładnęła prawie całym światem. Eksperymenty z narkotykami, odloty, kosmos... to wszystko było w tej muzyce. Była w niej przestrzeń na dowolne fantazjowanie, ale na to, by reklamować się tą przestrzenią, jako pierwsi wpadli właśnie członkowie zespołu Hawkwind. Może dlatego, że narodzili się jako zespół, gdy człowiek spacerował po księżycu?


W ten oto sposób został wynaleziony space-rock. I to jest największe, wręcz historyczne, osiągnięcie pierwszej płyty Hawkwind.


W sumie to dość zabawne, gdy patrzy się na to z perspektywy prawie sześćdziesięciu lat. Gdy już termin space-rock się uklepał, gdy już nie pamięta się jego genezy, to okazuje się, że chociażby tacy Pink Floydzi grali już wcześniej o wiele bardziej kosmiczną odmianę muzyki, niż zaproponował Hawkwind na swoim debiutanckim albumie. Owszem, są na nim pierwsze przebłyski tego, co stanie się później, ale...

No właśnie ale! Ale to wiadomo teraz, gdy kolejne płyty już powstały i się osłuchały. Wtedy był ten jeden album i kropka. Trochę się podobał, trochę nie. Nawet swoim własnym twórcom. Zespół chętnie przyznawał, że nie podobała mu się praca w studiu. Wolał granie na żywo. Pierwsze studyjne podejścia nie wypaliły, dopóki nie wstawili wszystkich instrumentów i nie zagrali tak, jak na scenie.
Ta płyta to prawie zapis live bez publiczności.


Jak można wyczytać między wierszami, sam mam do niej pewien dystans, ale też i ogromną słabość.
Gdy, za młodych lat, z braku dostępu do muzyki, rozczytywałem się o niej we wszystkich możliwych periodykach (a dużo ich nie było), wielokrotnie znajdowałem odniesienia do wczesnych płyt Hawkwind. Zespół nie był jednak zbyt popularny w Polsce. Nawet nie bardzo wiedziałem, jak przeczytać tę nazwę. Zdobycie nagrań graniczyło z cudem, a na pewno przekraczało możliwości finansowe nastolatka klasy mocno średniej.

A kiedy już mogłem sięgnąć po Hawkwind, to trafiłem na tytuły późniejsze. Całą więc twórczość zespołu poznawałem niejako od tyłu, jak Joanna Chmielewska oglądała świty (kto czytał, ten wie).

 

Ten pierwszy, debiutancki album zdobyłem naprawdę późno. I, nie ukrywam, rozczarował mnie. Po latach czekania, po latach wyobrażania sobie każdego dźwięku, te usłyszane naprawdę, spowodowały niedosyt. 
Dzisiaj pozostała legenda i spełnione marzenia.

 

To ważna płyta w dziejach muzyki. To ważna płyta dla tych, którzy chcą wiedzieć. To płyta o dorastaniu i odważnym sięganiu po swoje. Dla wielu, to kosmos.


W Wielkiej Encyklopedii Rocka Wiesław Weiss napisał o niej:
Wydane w sierpniu przez Liberty dzieło było jeszcze świadectwem poszukiwania własnego stylu. Najlepsze wyobrażenie o kierunku, w jakim chce podążyć Hawkwind, dawały kompozycje Be Yourself, Paranoia (w dwóch częściach) i Seeing It As You Really Are – oparte na powtórzeniach prostych motywów i jednostajnym, hipnotyzującym rytmie, ożywione improwizacjami gitary i saksofonu altowego oraz zwracające uwagę oszczędnym, ale pomysłowym wykorzystaniem elektroniki. Wszystkie ujmowały psychodeliczną aurą, ale zarazem raziły raziły wtórnością (...). Dlatego na pierwszy singiel wybrano bardziej konwencjonalne utwory, mimo intrygującej oprawy ujawniające folkrockowy rodowód: ożywiony dźwiękami sitaru we wstępie i bluesową partią harmonijki Hurry On Sundown oraz najeżony elektronicznymi dźwiękami Mirror Of Illusion.”


Ta płyta była dla Hawkwind dopiero przygotowaniem do podróży w kosmos. Podróży udanej, jak pokazały kolejne lata. Podróży, z której nie wrócili do dzisiaj. Jest rok 2026, a oni wciąż lecą.



1. Hurry On Sundown 4:50

   (Dave Brock & Hawkwind) 

2. The Reason Is? (instrumental) 3:30

   (Dave Brock & Hawkwind)

3. Be Yourself 8:09

   (Dave Brock & Hawkwind)

4. Paranoia – Part 1 (instrumental) 1:04

   (Dave Brock & Hawkwind)

5. Paranoia – Part 2 (instrumental) 4:11

   (Dave Brock & Hawkwind)

6. Seeing It as You Really Are (instrumental) 10:43

   (Dave Brock & Hawkwind)

7. Mirror of Illusion 7:08

   (Dave Brock & Hawkwind)

 

1996 Bonus tracks
8. Bring It On Home 3:18

   (Willie Dixon)

9. Hurry On Sundown (Hawkwind Zoo demo) 5:06

   (Dave Brock)

10. Kiss of the Velvet Whip (aka Sweet Mistress of Pain) 5:28

   (Dave Brock)

11. Cymbaline 4:04

   (Roger Waters)


Skład:
Dave Brock – lead vocals, 6- and 12-string guitar, harmonica, percussion;
Nik Turner (Nick Turner) – alto saxophone, vocals, percussion;
Huw Lloyd-Langton (Huw Lloyd) – lead guitar;
John A. Harrison – bass guitar;
Terry Ollis – drums;
Dik Mik (Dikmik aka Michael Davies) – electronics;
Mick Slattery – lead guitar (on bonus tracks);
Dick Taylor – additional guitar.


24 stycznia 2026

Hawkwind - Hawkwind

Domyślna treść artykułu.


W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.