Kolejna płyta, której miało nie być. I nawet trochę tak brzmi. Trudno dzisiaj doszukać się owego błysku geniuszu wielokrotnie towarzyszącego twórczości wielkich muzyków na początku ich drogi. To jedynie dość przypadkowy zlepek nierówno wyprodukowanych piosenek zagranych szybko, głośno i z pasją, ale poniżej oczekiwań.
Przecież to miał być jedynie pożegnalny singiel Motörhead. Pierwszy i ostatni singiel zespołu, który nie wydał żadnej płyty.
Boże! Jak tego cudownie słucha się po latach wielu!
Ktoś powinien pokusić się o nakręcenie fabularnego filmu o początkach Motörhead. Truizm, że życie pisze najlepsze scenariusze jest wytarty jak klęcznik na Jasnej Górze, więc mogę go powtórzyć bez uszczerbku dla zdrowia psychicznego.
Bo to było tak: powstaje zespół, konkretnie trio, grający ostrą spontaniczną muzykę. Zdobywa popularność w lokalnych klubach. Ogrywa materiał autorski, trochę coverów. Zdobywa popularność nieco szerszą, aż zaczyna się nim interesować poważna firma. Podpisuje z zespołem kontrakt na płytę. Chłopaki otwierają szampany, wchodzą do studia, rejestrują materiał i idą dalej rozszerzać popularność w klubach. Materiał na płytę leży. Co jakiś czas chłopaki dopytują, co z płytą, ale firma zbywa ich ogólnikami. Chłopaki wciąż koncertują, ale w biegiem czasu coraz trudniej utrzymać się z samych tylko koncertów bez promocji płytowej. Dopytują coraz nachalniej. Coraz nachalniej są zbywani. A czas płynie. To już nie są dni, tygodnie, ale miesiące niebezpiecznie przechodzące w lata. Frustracja bierze górę. Chłopaki umawiają się na ostatni, pożegnalny koncert. Jest na nim producent z innej firmy. Obserwuje chłopaków od dawna. Wierzy w nich, ale oni są już związani kontraktem. Pomimo tego, gdy ze sceny padają słowa pożegnania, podchodzi do chłopaków i proponuje im dwa dni w swoim studio. Żeby nagrali chociaż jeden, pierwszy i ostatni singiel. Chłopaki jadą do studia. Nagrywają dwie piosenki, bo to przecież singiel. Dwaj realizatorzy w reżyserce są pod wrażeniem mocy tej muzyki i profesjonalizmu wykonawców. Nic dziwnego, zespół ogrywa ten sam materiał od miesięcy, mają go w małym palcu lewej stopy. A ponieważ materiał jest, mają dwa dni, postanawiają zaryzykować i zarejestrować cały album. Na wszelki wypadek.
I ten wypadek się zdarza.
Czyż nie cudowny scenariusz?
A przecież to nie wszystko. Nie było tylko tak, że weszli, zagrali i wyszli. Tak tworzą się legendy, ale nie filmy. Dopiero po wielu latach Lemmy Kilmister opowiedział, jak tytaniczną pracę wykonali dwaj realizatorzy. Mieli dwa dni na zarejestrowanie i ostateczne zmiksowanie materiału. Miksów utworu Motörhead powstało 14! To były dwie doby katorżniczej pracy.
No i było warto. Bo krążek trafił do sklepów. I chociaż nie odniósł jakiegoś olśniewającego sukcesu, to został dostrzeżony, jako zwiastun czegoś nowego. Zespół bardzo szybko przygotował materiał na drugi, potem trzeci album. I te już zatrzęsły notowaniami, a muzyka Motörhead trafiła pod strzechy.
Wtedy ocknęła się ta pierwsza firma. Ktoś sobie przypomniał, że ma prawa do debiutanckiego materiału zakurzonego gdzieś na archiwalnych półkach. I w ten sposób debiutancki album Motörhead, zatytułowany On Parole, trafił do sprzedaży jako czwarty w kolejności, chociaż logicznie jako pierwszy i jedyny nagrany w oryginalnym składzie przed zmianą gitarzysty (jeszcze jedna ważna sekwencja do naszego filmu).
Jak już powiedziałem, po wielu, wielu latach odsłuchanie tej płyty to prawdziwa frajda dla starszego pokolenia dorastającego w rytm starego, dobrego rock and rolla. Bo Motörhead był zawsze kapelą rock and rollową. Ale na pierwszym albumie trochę przystrojonym w różne piórka. Co akurat wyszło muzyce na zdrowie. Bo jest tu brzmienie i hard, i heavy, i – oczywiście – garażowe, a w konsekwencji mocno punkowe. Oraz, co mniej oczywiste teraz, ale wtedy jak najbardziej, także psychodelię. Trzeba pamiętać, że Lemmy wywodził się po części z kapeli Hawkwind i część kompozycji ogrywanych przez Motörhead powstał jeszcze z myślą o repertuarze pionierów rocka kosmicznego. Faceci po prostu bezceremonialnie otwierali kolejne drzwi, ładowali się w nie ze swoimi potężnymi decybelami i zatrzaskiwali. Ile w tym czasie im skapnęło, tyle ładowali w muzykę i szli dalej. Bez jeńców.
Jeszcze tylko z kronikarskiego obowiązku dopowiem, że zespół bardzo długo nie akceptował płyty On Parole i pomijał ją w oficjalnych zestawieniach. Później Lemmy się w nią przeprosił uznając za ważną część dziedzictwa Motörhead. I tak jest do dzisiaj. Z punktu widzenia późniejszej historii zespołu warto odnotować jeszcze jeden fakt świadczący o konsekwencji Kilmistera. Na okładce albumu pojawił się po raz pierwszy wizerunek świni bojowej Snaggletooth. Ponoć w założeniu miało być to połączenie czaszek goryla, wilka i psa z przerośniętymi kłami dzików. Podobno też w pierwszej wersji okładki, na czubku hełmu widnieje hitlerowska swastyka, którą usunięto w reedycjach. Nie wiem, nie widziałem. W każdym razie Snaggletooth na stałe zrósł się w wizerunkiem Motörhead i towarzyszył zespołowi na niemal wszystkich albumach.
W 1988 roku ukazała się reedycja pierwszej wydanej płyty Motörhead wzbogacona o nagrania zarejestrowane w czasie tej samej sesji, ale dotąd funkcjonujące na rynku jako EP-ka pod tytułem Beer Drinkers and Hell Raisers oraz ze strony B singla Motörhead. A te prawdziwie debiutanckie nagrania, leżące kilka lat na półce, jako się rzekło, trafiły do sklepów dopiero w 1979 roku pod tytułem On Parole, gdy już Motörhead trafili do czołówki światowego rocka.
I wciąż trwają spory, która z obu debiutanckich płyt jest lepsza.
A czyż to nie wszystko jedno?
Swoją drogą... jak dziwnie czyta się, wśród nazwisk kompozytorów pod tytułami piosenek, Ian Kilmister zamiast Lemmy...
Side one
1. Motörhead 3:13
(Ian Kilmister)
2. Vibrator 3:39
(Larry Wallis, Des Brown)
3. Lost Johnny 4:15
(Ian Kilmister, Michael Farren)
4. Iron Horse/Born to Lose 5:21
(Phil Taylor, Mick Brown, Guy "Tramp" Lawrence)
Side two
5. White Line Fever 2:38
(Ian Kilmister, Eddie Clarke, Phil Taylor)
6. Keep Us on the Road 5:57
(Ian Kilmister, Eddie Clarke, Phil Taylor, Michael Farren)
7. The Watcher 4:30
(Ian Kilmister)
8. Train Kept A-Rollin' 3:19
(Myron Bradshaw, Howard Kay, Lois Mann)
40th Anniversary 2017 CD reissue & bonus tracks
1. Motörhead 3:13
(Ian Kilmister)
2. Vibrator 3:39
(Larry Wallis, Des Brown)
3. Lost Johnny 4:15
(Ian Kilmister, Michael Farren)
4. Iron Horse/Born to Lose 5:21
(Phil Taylor, Mick Brown, Guy "Tramp" Lawrence)
5. White Line Fever 2:38
(Ian Kilmister, Eddie Clarke, Phil Taylor)
6. Keep Us on the Road 5:57
(Ian Kilmister, Eddie Clarke, Phil Taylor, Michael Farren)
7. The Watcher 4:30
(Ian Kilmister)
8. Train Kept A-Rollin' 3:19
(Myron Bradshaw, Howard Kay, Lois Mann)
9. City Kids (Pink Fairies cover) 3:24
(Larry Wallis, Duncan Sanderson)
10. Beer Drinkers and Hell Raisers (ZZ Top cover) 3:27
(Billy Gibbons, Dusty Hill, Frank Beard)
11. On Parole 5:57
(Larry Wallis)
12. Instro 2:27
(Ian Kilmister, Eddie Clarke, Phil Taylor)
13. I'm Your Witchdoctor (John Mayall and the Bluesbreakers cover) 2:58
(John Mayall)
14. Lost Johnny (Mix 2) 4:17
(Ian Kilmister, Michael Farren)
15. City Kids" (Mix 1) 3:23
(Larry Wallis, Duncan Sanderson)
16. I'm Your Witchdoctor (Alternative Mix) 2:58
(John Mayall)
17. The Watcher (Mix 3) 4:32
(Ian Kilmister)
18. White Line Fever (Mix 7) 2:35
(Ian Kilmister, Eddie Clarke, Phil Taylor)
19. Keep Us on the Road (Mix 1) 6:05
(Ian Kilmister, Eddie Clarke, Phil Taylor, Michael Farren)
20. Motörhead (Alternative Vocals & Guitar Solo) 3:12
(Ian Kilmister)
Wykonawcy:
Lemmy – lead vocals, bass;
"Fast" Eddie Clarke – guitar, backing vocals, co-lead vocals (on Beer Drinkers and Hell Raisers and I'm Your Witch Doctor);
Phil "Philthy Animal" Taylor – drums.
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.