Długo nie mogłem upolować pierwszej płyty zespołu TOTO. Wszystkie pozostałe miałem na taśmach, na kasetach, ale ten jeden krążek przez wiele lat mi umykał. Nie ukrywam też, że nie szukałem go zbyt sumiennie. Znałem miażdżące recenzje, więc uznałem, że kiedyś jakoś sobie uzupełnię kolekcję, ale owo kiedyś coraz bardziej odsuwało się w czasie.
Minęły 22 lata od premiery.
Wyjechałem z rodzinnego miasta do stolicy za chlebem. No, bez przesady, dostałem propozycję pracy, przyjąłem, przeprowadziłem się. Był grudzień. Chyba chciałem sobie zrobić jakiś świąteczny prezent, bo powlokłem się do najbliższej galerii handlowej i tam dorwałem box z trzema pierwszymi płytami TOTO na CD. W cenie jednej. No to kupiłem. A że był to czas, kiedy nie rozstawałem się z discmanem, włączyłem ową nieszczęsną jedynkę...
Kto z Was pamięta, jak zaczyna się ta płyta? Dla mojego pokolenia, dla pokolenia Trójkowiczów i Listy przebojów Programu Trzeciego pod wodzą Marka Niedźwieckiego, ten krążek startuje niczym wehikuł czasu. Wstyd się przyznać, że przez ponad 20 lat żyłem w nieświadomości, a po 20 latach wmurowało mnie w jedną z alejek handlowych. Usiadłem przy najbliższym stoliku, zamówiłem kawę.
Od tamtego grudniowego wieczoru nie umiem oceniać tej płyty obiektywnie. Byłem nowy w obcym mieście. Jeszcze nie umiałem się w nim odnaleźć. Snułem się godzinami, by poznać najbliższe ulice, zakamarki, sklepy, kawiarnie, puby, przystanki autobusowe i tramwajowe. Wszystko było tak nowe, że nawet pachniało obco. Jak samochód prosto z salonu nim ktoś powiesi zapachową choinkę. I nagle, w sercu obcego, zagrała melodia ze starego Grundiga rodzinnego domu.
Nie pamiętam już, co takiego wydarzyło się w 1978 roku, że ówcześni krytycy muzyczni tak jednogłośnie zmieszali debiut TOTO z asfaltem po deszczu. Może po prostu tak wypadało, bo część chłopaków z zespołu miało sławnych w branży muzycznej tatusiów, którzy – z czego nikt nie robił tajemnicy – ułatwili chłopakom start w samodzielne życie. Wynegocjowali terminy w porządnym studio nagraniowym. Ale, o czym nigdy nie wolno zapomnieć, chłopcy już wcześniej pracowali na swoją markę jako cenieni i popularni muzycy sesyjni.
Czyli, nadal nie wie wiem i nie pojmuję. Bo przecież płyta jest świetna. Jest taka sama jak w 1978 roku, nie zmieniła się ani o jedną nutę i obecnie jest określana jako najwspanialszy debiut tamtych lat.
Oto jeden z największych paradoksów życia: zobacz, jak trudno być twórcą i popatrz, jak łatwo zostać krytykiem. Twórca musi wszystko. Krytyk nie musi nic. Ale to ten drugi może zniszczyć temu pierwszemu życie. I już. O zniszczonych twórcach czasem się pamięta. Nazwisk krytyków nie pamięta właściwie nikt.
Interenet jest pełen samozwańczych krytyków wszystkiego. To takie proste, kiedy się niczego nie umie. Jeden z takich nieudaczników zastrzelił Johna Lennona.
Kiedy po raz pierwszy usłyszałem muzykę zespołu TOTO, skojarzyła mi się z nagraniami grupy Chicago. Przy czym Chicago stawiają bardziej na wirtuozerię, podczas gdy TOTO na melodię. Ale jakże podobne mają harmonie, jak podobnie prowadzone wokale. TOTO rzadziej zapuszcza się w jazzowe meandry, częściej flirtując z popem, ale jest to pop dostępny nielicznym.
Dzisiaj, a piszę to sobie w roku 2025, gdy ktoś jeszcze chce się czepiać niedoskonałości w debiucie TOTO, sięga po miałkość i naiwność tekstów. Cóż, moja znajomość języka angielskiego powoduje, że jakość tekstów kompletnie mi nie bruździ. A poza tym kiedyś przeczytałem tłumaczenie tekstu piosenki Smooth Criminal z repertuaru Michaela Jacksona. Jakoś ta gwiazdorska grafomania nikomu nie przszkadza, więc nie czepiajcie się młodych chłopaków z TOTO.
Ten debiut nie był i nie jest wizytówką zespołu. Jeżeli już, to raczej drogowskazem i wstępną prezentacją: chcemy grać w tym stylu, potrafimy łoić gitary, umiemy w klawisze, śpiewamy nie najgorzej i to nie jest nasze ostatnie słowo. Chociaż piosenki są stylistycznie wyjątkowo spójne, to przecież bogactwo aranżacyjne powoduje, że nie ma mowy, ani o znużeniu słuchacza, ani o zmęczeniu materiału. A do tego dochodzi jeszcze jeden plus, czyli wyjątkowo trafnie wybrany materiał na single, czyli Hold The Line oraz Georgy Porgy z przecudownie zaaranżowaną pierwszą zwrotką. Publiczność pokochała te numery i, wbrew narzekaniu krytyków, wywindowała je na szczyty list przebojów po obu stronach oceanu. Pokoleniu Listy Przebojów Programu Trzeciego polecam jeszcze znacznik szósty, czyli Girl Goodbye (sami się przekonajcie, dlaczego).
No i warto jeszcze na sekundę zatrzymać się przy piosence zamykającej album. Fantastycznie balladowo i energetycznie zagrana Angela była pierwszą z cyklu piosenek z kobiecym imieniem w tytule. Takie kobiece piosenki pojawiały się potem regularnie na niamal każdym kolejnym albumie i wiele z nich otarło się o doskonałość.
Jak to kobiety.
1. Child's Anthem (instrumental) 2:45
(David Paich)
2. I'll Supply the Love 3:45
(David Paich)
3. Georgy Porgy 4:08
(David Paich)
4. Manuela Run 3:55
(David Paich)
5. You Are the Flower 4:17
(Bobby Kimball)
6. Girl Goodbye 6:13
(David Paich)
7. Takin' It Back 3:46
(Steve Porcaro)
8. Rockmaker 3:19
(David Paich)
9. Hold the Line 3:56
(David Paich)
10. Angela 4:44
(David Paich)
Skład:
David Hungate – bass;
Bobby Kimball – lead vocals, backing vocals;
Steve Lukather – guitars, backing vocals, lead vocals (on Georgy Porgy and Angela);
David Paich – keyboards, backing vocals, lead vocals (on Manuela Run and Rockmaker);
Jeffrey Porcaro – drums, percussion;
Steve Porcaro – keyboards, lead vocals (on Takin' It Back);
oraz
Lenny Castro – percussion;
Chuck Findley – horn;
Jim Horn – saxophone, wind instruments;
Raj Neesh (Roger Linn) – synthesizer;
Cheryl Lynn – backing vocals on Georgy Porgy;
Marty Paich – string arrangements, strings;
Joe Porcaro – percussion;
Sid Sharp – string arrangements, strings.
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.