Rocznik 1949.
W Radomiu przy ulicy Żeromskiego, która w pewnym momencie stała się deptakiem dzielącym miasto, o czym można pisać długo i barwnie, ale nie jest to przecież pamiętnik historii rodzinnego miasta, działał sklep pod neonem "Instrumenty muzyczne". Nie wyglądał specjalnie atrakcyjnie dla kogoś, kto nie umiał na niczym grać, czyli dla mnie, dopóki nie odkryłem, że w regałach pod ścianą, za plecami sprzedawcy, stoją też płyty.
A płytami to ja już byłem mocno zainteresowany.
Cholery można było dostać z tym sklepem. Koperty płyt stały ustawione na sztorc bez eksponowania okładek, obsługa dość niechętnie opowiadała o asortymencie, a sztywne brzegi z nadrukowanymi tytułami winylowych albumów dopiero powoli wchodziły do polskiego przemysłu muzycznego. Oczywiście o przejściu za ladę w celu przepatrzenia półek mowy nie było. Ale chyba jako jedyny w mieście, miał ten sklep kilka oddzielnych stanowisk do odsłuchu muzyki. Z podwyższonej lady sterczały ebonitowe, czarne słuchawki do złudzenia przypominające te używane w stacjonarnych aparatach telefonicznych. Tylko mikrofonów nie miały. Przy ich pomocy nawet trzy osoby mogły słuchać trzech różnych płyt! Nowoczesność w domu i zagrodzie, czyli coś, co istaniało już przed wojną, a po wojnie uległo zapomnieniu. Przynajmniej w Radomiu.
Chyba nie muszę dodawać, że wchodziłem do tego sklepu przy każdej nadarzającej się okazji. Bez okazji zresztą też. Rzadko coś tam kupowałem, ale – co ciekawe – właśnie tam trafiałem na płyty kompletnie niedostępne w innych sklepach muzycznych. Do dzisiaj nie wiem, z czego to wynikało. No i kiedyś, gdy wszedłem, na ladzie leżała koncertowa płyta Ricka Wakemana. Ot tak zwyczajnie leżała, jakby czekała właśnie na mnie. Widocznie ekspedient - tak, tak, wtedy tam sprzedawał mężczyzna - nie zdążył jej schować po poprzednim kliencie.
- A ten co tu robi??? - zapytałem kompletnie zszokowany wskazując na zdjęcie mężczyzny z okładki. Kupienie nowej płyty Ewy Bem graniczyło z cudem, a tu Rick Wakeman? Nawet "dzień dobry" nie zdołałem wykrztusić.
- Leży - odpowiedział mężczyzna zza lady wzruszając ramionami.
No to chwilę później już nie leżał.
Nawet za ateistycznej komuny cuda się zdarzały. Ten kosztował mnie 900 złotych. Kopia okładki – obok.
Był to czas, kiedy dopiero uczyłem się muzyki. Godzinami słuchałem radia wyszukując audycje, w których prezenterzy odtwarzali całe, lub prawie całe płyty światowej klasyki. Jakiś czas temu nagrałem sobie dwupłytowy album Tales from Topographic Oceans zespołu Yes. Gdy ucichła muzyka, Piotr Kaczkowski powiedział: "Rick Wakeman błyszczy". I to zdanie zostało na taśmie.
A teraz miałem solową płytę Wakemana pod pachą. W ciągu najbliższych kilku dni zajeździłem ją zupełnie. I chociaż dzisiaj do tej muzyki mam dużo bardziej krytyczny stosunek, to przecież została mi w niej nutka młodzieńczej nostalgii.
Bo, obiektywnie rzecz biorąc, płyty Wakemana są mocno nierówne. A ja i tak sięgam po każdą kolejną. I zawsze wraca ta sama radość tamtego popołudnia.
Rick Wakeman to artysta wymagający. Czasem wymaga dużej dozy cierpliwości. Czasem oczekuje lekkiego pobłażania, czasem wyrozumiałości. Jego kompozycje oscylują gdzieś poza granicami rocka symfonicznego, muzyki klasycznej, popu aż po ambient. Nagrywał i wciąż nagrywa (mamy rok 2024) dużo. Był czas, gdy zjedzony przez alkohol, narkotyki i rozbuchany twórczy egoizm sypiał na ławce w parku, bo wszystkie pieniądze poszły na używki i nieudane projekty koncertowe. Podobno w piosence Walk On Gilded Splinters dla Marshy Hunt zagrał jedną nutę, aby dostać pieniądze za udział w sesji. Żywcem przypomina to pewien doniosły fakt z polskiej kinematografii, czyli dzień, w którym Stanisław Bareja poznał Stanisława Tyma (lub odwrotnie). Obaj panowie po raz pierwszy spotkali się w 1972 roku na planie filmu Poszukiwany, poszukiwana w Kozłówce. Tym przyjechał w odwiedziny do Jerzego Dobrowolskiego, który zdołał nakłonić Bareję, aby umieścił jego kolegę na jednym z ujęć. Sprawa była ważna, ponieważ Tym dzięki temu mógł liczyć na wypłacenie stawki za dzień zdjęciowy, która pokryje koszty paliwa na drogę powrotną do Warszawy.
Barei pozostało jednak do nakręcenia jedynie ujęcie ręki Dobrowolskiego, który stawia pieczątkę. Kłopot rozwiązał się w nieoczekiwany sposób. Jak wspominał Stanisław Tym w książce Macieja Replewicza "Stanisław Bareja. Król krzywego zwierciadła":
"– Barejo, pan Tym specjalizuje się od lat w rolach, w których swoją dłonią stawia pieczątki. Zagra on swoją ręką moją rękę lepiej niż ja sam bym ją zagrał, rozumiesz? I będzie to z ogromnym pożytkiem dla dalszego rozwoju naszej polskiej socjalistycznej kinematografii.
– A, skoro tak, to oczywiście że powinien zagrać swoją ręką w moim filmie – powiedział Bareja".
Dłonie Ricka Wakemana, to dłonie magiczne. Nie wiem, czy gdzieś już wspomniałem, że długo nie byłem specjalnym admiratorem solowych dokonań Ozzy'ego Osbourne'a. Aż w 1995 roku ukazała się płyta Ozzmosis. Otwierający ją utwór Perry Mason dosłownie wprasował mnie w fotel. Nie wiedziałem, co jest w nim takiego innego, ale klimat, potęga, całość jako całość mnie wchłonęła. Potem dowiedziałem się, że klawisze robił Rick Wakeman. I jak bardzo to słychać!
O tym, że Rick Wakeman grał w Yes już było. Że współtworzył wcześniej The Strawbs, można przeczytać w każdej, najbardziej skąpej biografii. Że współtworzył efemerydę Anderson, Bryford, Wakeman, Howe fani zespołu Yes wiedzą doskonale. Że w tych kapelach jego miejsce zajmowali kolejno dwaj synowie... o tym porozmawiamy sobie przy kolejnych płytach.
I jeszcze jedno, bardzo trudno podzielić solową dyskografię Ricka Wakemana, bowiem wiele klasycznych albumów nagrał podczas koncertów. Tak było po prostu taniej.
A Stanisław Tym zmarł dokładnie cztery dni temu...
Dyskografia:
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.