No i w ten oto sposób zdiagnozowaliśmy pacjenta zero. Jak podaje słownik, pacjent zero to pierwszy nosiciel choroby zakaźnej zidentyfikowany na początku epidemii. A jak wiadomo epidemia rock and rolla opanowała świat bez reszty. Zaczęło się właśnie od tej płyty...
Oczywiście, podobnie jak pacjent zero, tak samo i pierwszy longplay Bo Diddleya nie wziął się z niczego. Wcześniej były single i właśnie z nich sklecono ten nowatorski, rewolucyjny wręcz album. Wiem, że wielu młodym ludziom słuchających takich archiwalnych nagrań, wydaje się to nieprawdopodobne. Pamiętam, jak kiedyś (to było bardzo dawne kiedyś, przed erą powszechnej komputeryzacji świata) opowiedziałem swojemu młodszemu koledze, że w dawnych czasach ludzie nie mieli telewizorów, nie mieli magnetofonów, odbiorników radiowych... Popatrzył na mnie jak na idiotę i powiedział, że nie chce się już ze mną bawić.
No to przed tą płytą ludzie tak się nie bawili. Już na swoim pierwszym singlu z piosenką zatytułowaną, jakżeby inaczej, Bo Diddley wspomniany Bo Diddley zaproponował całkowicie nowy, synkopowany rytm oparty na afrokubańskim rytmie clave… Odsyłam do słowników muzycznych, ten pamiętnik nie jest pozycją naukową.
W każdym razie rytm okazał się tak zaraźliwy, że rozprzestrzenił się po całym świecie zyskując miano Bo Diddley beat. Epidemia się zaczęła.
I pewnie to by wystarczyło już na rewolucję, ale Bo Diddley nie wyhamował. Jeżeli podejrzewacie, że garażowe brzmienie protoplastów punka zrodziło się pod koniec lat sześćdziesiątych, to znaczy, że nigdy nie wsłuchaliście się dźwięk przesterowanej gitary Bo Diddleya. Nikt przed nim nie odważył się tak grać. Ba, długo po nim też. A jeżeli, to bez sukcesów. To dlatego, między innymi zespół The Animals (tak, tak, ten od Domu wschodzącego słońca – House Of The Rising Sun) złożył mu hołd piosenką The Story of Bo Diddley (ten rytm...).
Żeby jeszcze bardziej podkreślić swoje autorskie brzmienie, Bo Doddley zaprojektował prostokątną gitarę (akurat na okładce tej płyty jej nie widać, ale i na to przyjdzie czas). Jeszcze jednego na okładce nie widać, chociaż i to się z czasem zmieniło. Bo Diddley jako zdecydowanie pierwszy miał w swoim zespole... rockową gitarzystkę.
Była połowa lat pięćdziesiątych. O równouprawnieniu czytało się w książkach science-fiction.
Peggy Jones towarzyszyła mu od pierwszych singli. Przez wiele lat koncertowali i nagrywali razem. Potem poszła na swoje i stworzyła kawał doskonałej muzyki. Odeszła na zawsze w 2015 roku, wciąż pamiętana jako Lady Bo (właśnie od czasów spędzonych wspólnie z Diddleyem, chociaż nigdy prywatnie parą nie byli), z przydomkiem Queen Mother of Guitar.
Kiedy Peggy Jones stworzyła swój własny zespół, Bo Diddley na jej miejsce przyjął Normę-Jean Wofford, ochrzczoną The Duchess – Księżną (jej stylowe, obcisłe ubrania też przeszły do historii rock and rolla).
I jeszcze lista piosenek na owym albumie. Wszystkie, absolutnie wszystkie kompozycje (czytaj: muzyka i słowa) mają tylko jednego autora Ellasa McDaniela, jak naprawdę nazywał się Bo Diddley. Rzecz praktycznie niespotykana przed i długo po.
Taka jest ta płyta. Wybuchowa mieszanka wynalazków. Niepozorny, czarnoskóry muzyk w mocnych okularach (tego też na obwolucie dobrze nie widać, i to też niebawem się zmieni) wkroczył na muzyczny rynek bez kompleksów, bez kompromisów. Swoje zabawne, czasem przypominające dziecięce wyliczanki, teksty śpiewał z niesamowitą lekkością, tak naturalnie, jakby zamawiał kolejną szklaneczkę w barze na obrzeżach Harlemu.
Oczywiście, że dzisiaj te nagrania brzmią staroświecko, brzmienie pozostawia wiele do życzenia. Do tego piosenki nagrywane na kolejne single różnią się dynamiką, co może wydawać się irytujące, ale są przecież kroniką tamtych czasów. Świat taki był jeszcze wczoraj, że sparafrazuję fragment piosenki Jerzego Połomskiego.
Ta płyta nie jest czystym rock and rollem. Jest dopiero odpalonym lontem. Dużo w niej rdzennego bluesa. Nie mogło być inaczej, skoro Bo Diddley zaczął komponować po tym, jak usłyszał na ulicy Johna Lee Hookera. Wtedy porzucił skrzypce, na których grał w kościołach od dzieciństwa i poszedł swoją drogą.
Wiem, że dzisiaj ta płyta odchodzi w zapomnienie. Minęło prawie 70 lat, od chwili, gdy trafiła do sklepów. Rewolucja francuska też przeminęła. Jej symbolem stało się coś, czego nie ma, czyli zburzona Bastylia. Pozostało miejsce na przyjście nowego.
Przestrzeń po debiucie Bo Diddleya wciąż zapełniają kolejne miliony płyt.
Wszystkie utwory podpisane Ellas McDaniel, czyli Bo Diddley
Side One
1. Bo Diddley 2:30
2. I'm a Man 2:41
3. Bring It to Jerome 2:37
4. Before You Accuse Me 2:40
5. Hey! Bo Diddley 2:17
6. Dearest Darling 2:32
Side Two
1. Hush Your Mouth 2:36
2. Say, Boss Man 2:18
3. Diddley Daddy 2:11
4. Diddy Wah Diddy 2:51
5. Who Do You Love? 2:18
6. Pretty Thing 2:48
Muzycy:
Bo Diddley – vocals, guitar;
Jerome Green – co-lead vocals on Bring It to Jerome, maracas;
Frank Kirkland – drums;
Clifton James – drums;
Otis Spann – piano;
Lafayette Leake – piano;
Willie Dixon – bass;
Billy Boy Arnold – harmonica on I'm a Man;
Little Walter – harmonica on Diddley Daddy;
Lester Davenport – harmonica on Pretty Thing and Bring It to Jerome;
Little Willie Smith – harmonica on Diddy Wah Diddy;
Jody Williams – guitar;
The Moonglows – backing vocals on Diddley Daddy and Diddy Wah Diddy;
Peggy Jones – backing vocals on Hey! Bo Diddley, guitar;
The Flamingos – backing vocals on Hey! Bo Diddley.
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.