Free – płyty

Free - Tons of Sobs

1969

Jest 20 października 2026 roku. Skończyłem oglądać nowy serial na podstawie Lalki, powieści Bolesława Prusa. Powieści, którą kocham bezkrytycznie i uważam za najlepszą polską powieść w ogóle. Nie ukrywam, że lubię też dwie wcześniejsze ekranizacje. Serial Pawła Maślony, który poróżnił Polaków, to wspaniały obraz epoki. Rewelacyjny film będącym czymś na kształt universum Lalki niż Lalką samą w sobie. I dobrze. Tylko dzięki temu udaje się dojrzałą widownię utrzymać w ryzach niepewności i napięcia. To nie jest oglądanie albumu z pięknymi, lecz przecież znanymi zdjęciami, ale ewidentna przygoda z nieznanym. 
Jestem zachwycony.


Co wspólnego ma serial Lalka z debiutem zespołu Free, czyli płytą Tons of Sobs? Nic. Oprócz tego, że usiadłem żeby pisać o Free wciąż naładowany emocjami po serialu. Czemu dałem wyraz. A nawet kilka wyrazów.


Miałem zamiar pisać o płycie oglądając serial, co mi się często zdarza, ale tym razem się nie udało. Lalka zawładnęła mną i nie wypuściła do finału ostatniego odcinka. Odpuściłem więc ja pisanie, skopiowawszy jedynie znaleziony w sieci taki oto fragment:
„Tons Of Sobs” to jeden z tych debiutanckich albumów, które robią tak duże wrażenie, że trudno sobie wyobrazić, by ich twórcy kiedykolwiek go przewyższyli. I jestem skromnie przekonany, że nigdy tego nie zrobili. Każdy kolejny album zawierał mniej emocji, inwencji i bezgranicznej ODWAGI niż ten. To brzmienie grupy zadufanych w sobie, przedwcześnie dojrzałych nastolatków, którzy dają się ponieść emocjom. Posłuchaj tego wspaniałego albumu, a znienawidzisz „All Right Now” jeszcze bardziej niż teraz – tak Julian Cope zrecenzował album na swoim blogu Julian Cope Presents Head Heritage w 2002 roku. Nie wiedziałem, że jeszcze kogoś irytuje piosenka, skądinąd pewnie całkiem dobra, All Right Now. Ja za nią wciąż nie przepadam.
Natomiast kocham tę płytę. 


Rzadko udaje się koncertową energię przenieść do studia. Chłopaki mieli ten materiał ograny od miesięcy. Po prostu weszli, zagrali i wyszli. Trwało to tydzień, kosztowało 800 funtów. Nie wiem, ile wynosiło honorarium zespołu, ale zdecydowanie za mało. Rzadko, nawet młodemu zespołowi, zachować w studio świeżość. Czasem zjada trema, czasem brak doświadczenia. A jednak... 

 

O ile serial Lalka w reżyserii Maślony zaczyna się zaskakująco ostro, to Tons Of Sobs na początku łagodnie zaskakuje. Otwierająca pierwsza część utworu Over the Green Hills jest jakby żywcem wycięta z hippisowskiego folku. Cudowne gitary, liryczny wokal i to wyznanie, że nie ma znaczenia, w którą stronę pójdę, potem krótka wokaliza symbolizująca poszukiwanie i nagły, wyzywający wjazd perkusji.
 

Poszli! A jak poszli, tak znaleźli i już zostali. I to w jakim stylu!
Ta płyta nie była, nadal nie jest i już nie będzie odkrywcza. Ale tym bardziej należy ją odkryć dla siebie. O ile napisałem, że serialowa Lalka to bardziej uniwersum powieści, o tyle debiut Free wtedy pozostawał gdzieś w uniwersum genialnego Cream i debiutu Led Zeppelin. Jednak Paul Kossoff, znany jako Koss, nigdy nie był gitarzystą imitującym Erica Claptona. Bliżej mu do Jimmy'ego Page'a, lecz więcej w niej zjadliwości, szorstkości, kąśliwości, ale nie agresji. To brzmienie czyste, jak uderzanie kowalskiego młota w szlachetną klingę, to dźwięk srebrnej monety upadającej na podłogę skarbca. Jak na ironię, bowiem w składzie Free nie było klawiszowca, najjaśniej te dźwięki błyszczą w kontrze do fortepianu, na którym fantastycznie popisuje się Steve Miller (ten związany ze sceną Canterbury, a nie ten od Steve Miller Band). A jeżeli chcecie bez fortepianu, to posłuchajcie Moonshine, jak ona zawodzi, gdy Paul Rodgers ciągnie zwrotkę, jak cudownie frazuje ku księżycowi, by płynnie przejść w Sweet Tooth zmieniając się tak, jak blask pełni zmienia się pełny świt. Genialna wolta.


A skoro Lalka mogła skończyć się (o ile się w ogóle skończyła) w sposób zaskakujący, to czemuż by nie wrócić jeszcze na chwilę to tych łąk zielonych, jakby Mickiewicz był pierwszym hippisem (patrz inwokacja Pana Tadeusza, że o Sonetach Krymskich nie wspomnę).


Pewnie się powtórzę, ale uwielbiam odkrywanie tych starych płyt, które przecież znam, na nowo po latach. Ostatnio Artur Andrus powiedział Powinno się po 50 latach obowiązkowo wracać do książek z dzieciństwa. Sam ponownie odkrywam „Dzieci z Bullerbyn”.


Nasze Bullerbyn było w Jedlni Letnisko, prawda Siostro? Tam też po raz pierwszy czytałem Pana Tadeusza. I Lalkę. I Lesia Joanny Chmielewskiej... 

Ale to całkiem inna opowieść, niczym ta zamykająca płytę Over the Green Hills (Pt. 2). 


   Side One
1. Over the Green Hills (Pt. 1) 0:49

   (Paul Rodgers)

2. Worry 3:26

   (Paul Rodgers)

3. Walk in My Shadow 3:29

   (Paul Rodgers)

4. Wild Indian Woman 3:39

   (Andy Fraser, Paul Rodgers)

5. Goin' Down Slow 8:20

   (James Burke Oden)

   Side two
1. I'm a Mover 2:56

   (Andy Fraser, Paul Rodgers)

2. The Hunter 4:13

   (Booker T. Jones, Carl Wells, Donald Dunn, Al Jackson Jr., Steve Cropper)

3. Moonshine 5:04

   (Paul Rodgers, Paul Kossoff)

4. Sweet Tooth 4:54

   (Paul Rodgers)

5. Over the Green Hills (Pt. 2) 1:58

   (Paul Rodgers)


Skład:
Paul Rodgers – vocals;
Paul Kossoff – guitar;
Andy Fraser – bass guitar;
Simon Kirke – drums;


oraz
Steve Miller – piano.


 

24 października 2026

Free - Tons of Sobs

Domyślna treść artykułu.


W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.