Zdaje się, że do dzisiaj ta płyta nie doczekała się swojej cyfrowej edycji. Wiem, że ukazała się na CD w Japonii, ale na jednym krążku z jej następczynią Just For You i ze zmienioną okładką. Oficjalnej edycji kompaktowej chyba wciąż nie ma. Ja, dzięki koleżance mieszkającej w Nowej Zelandii mam winylowe wydanie... kanadyjskie. Taka ciekawostka. I stąd te trzaski w nagraniu, bo już w chwili zakupu krążek nie był nowy, chociaż sprawiał wrażenie firmowo zapakowanego.
Ten album, już na etapie produkcji, padł ofiarą ówczesnego przekonania panującego wśród show-biznesowej kadry, że najłatwiej i najszybciej zarabia się pieniądze cudzym kosztem. Stąd na niemal wszystkich płytach ukazujących się w latach sześćdziesiątych pojawiają się ograne, powtarzalne numery. Bo longplay sprzedać się musi, a żeby się sprzedał muszą być na nim znane już przeboje. Nic w tym niezwykłego. Przecież przed płytą długogrającą każdy szanujący się wykonawca, pod naciskiem wytwórni, wypuszcza jakieś tam single. Gdy te single odnoszą sukces, wtedy ewentualanie następuje nagranie albumu. Proste. Ale nie w latach sześćdziesiątych, które były czasem dziwnym, a ciekawym. Otóż wtedy na longplayach z zasady nie umieszczało się piosenek z singli. No to, żeby były przeboje, artyści na potęgę nagrywali covery, nawet jeżeli były one gorsze od autorskich kompozycji.
I to jest właśnie ten przypadek.
Ale nie koniec na tym.
Przepychanki z wytwórnią mocno opóźniły wydanie płyty, co spowodowało, że kilka autorskich piosenek Neila Diamonda trafiło wcześniej na rynek w innych wykonaniach. W związku z tym, wśród niemal połowy wciśniętych tu coverów, część własnego materiału też brzmi jak cover.
Nie dziwię się, że Neil nie miał serca do tej płyty. A przecież mogło być tak dobrze. Album zaczyna Solitary Man, jedna z najlepszych jego piosenek, która na wieki wieków zdefiniowała styl Diamonda. Charakterystyczny głos, ciepłe frazowanie, swoisty melodyczny liryzm. To śpiewa już w pełni ukształtowany artysta, doskonale znający swoje mocne strony. Niestety, zamiast pójść za ciosem zaraz potem pojawia się mocna dawka obcych kompozycji. To świetne piosenki, ale nie na tę płytę i nie dla tego wykonawcy. O ile jeszcze Red Rubber Ball oraz Monday Monday są do zniesienia, to już La Bamba brzmi średnio, a Hanky Panky jest po prostu irytująca.
Na szczęście niemal cała druga strona to popis autorski. I to ona jest prawdziwym startem w niezależną karierę tego wspaniałego artysty. Na drugiej płycie bowiem coverów już nie będzie. Tylko Neil Diamond.
Solitary Man...
Side one
1. Solitary Man 2:32
(Neil Diamond)
2. Red Rubber Ball 2:18
(Bruce Woodley, Paul Simon)
3. La Bamba 2:07
(Ritchie Valens)
4. Do It 2:24
(Neil Diamond)
5. Hanky Panky 2:44
(Jeff Barry, Ellie Greenwich)
6. Monday, Monday 2:56
(John Phillips)
Side two
1. New Orleans 2:24
(Frank Guida, Joseph Royster)
2. Someday Baby 2:18
(Neil Diamond)
3. Oh No No 2:13
(Neil Diamond)
4. I'll Come Running 2:55
(Neil Diamond)
5. Love to Love 2:18
(Neil Diamond)
6. Cherry, Cherry 2:42
(Neil Diamond)
Wykonawcy:
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.