Jest 4 maja 2026 roku, a ja cieszę się, że Ringo Starr jeszcze żyje.
W 1970 roku zespół The Beatles poszedł w rozsypkę. Mało się o tym mówi, ale to właśnie Ringo zniósł ten rozpad najboleśniej. Inna sprawa, że każdy z nich przepłacił ten fakt głęboką – mniej lub bardziej uświadomioną – depresją, ale to jemu zawalił się cały dotychczasowy świat. Każdy inny z tej liverpoolskiej czwórki coś już tam kręcił na boku, tylko Ringo cały czas wierzył w zespół. Zespół będący całym jego światem. To on jeździł od jednego Beatlesa do drugiego i prowadził mediacje, gdy tamci żarli się między sobą o wpływy. On wciąż chciał wierzyć w zespół, gdzie wpływ na wszystko ma... zespół.
Rozczarowanie było silniejsze, niż mógł sobie wyobrazić.
Zebrał nieco sił, by nagrać pierwszą solową płytę. A potem zebrał za nią straszliwe cięgi. Krytycy nie zostawili na niej suchej nitki. On sam, po jakimś czasie już zaakceptowawszy porażkę, stwierdził ugodowo i chyba szczerze: nagrywając ją, miałem przynajmniej powód, żeby wstać z kanapy i się gdzieś ruszyć.
Nigdy nie był muzycznym twórcą. Ta płyta jest więc odtwórcza tak bardzo, jak bardzo być może. Zebrał na niej standardy znane mu od dzieciństwa. Tego słuchali jego rodzice. Taka muzyka towarzyszyła mu, jako dziecku, w rodzinnym domu. Żeby jednak tchnąć w te kompozycje całkiem nowe życie, wybrał dwunastu ludzi, aby każdy z nich na swój sposób zaaranżował dla niego kolejny standard, zaaranżował po swojemu, zaaranżował na zespół kwartet, kwintet, nonet, orkiestrę, big band... Skończyło się w konsekwencji przede wszystkim na aranżacjach mocno orkiestrowych.
W czasie, gdy jego koledzy skupili się na poszukiwaniu nowej tożsamości, na awangardowych eksperymentach, on zaproponował krok wstecz. I tego krytycy nie mogli mu darować. Musiała minąć dekada lub dwie, by wielkie gwiazdy jego rocznika i roczników późniejszych, zaczęły powiększać swoje katalogi o płyty z podobnymi, w równie wysmakowany sposób aranżowanymi standardami, zdobywając poklask, aplauz i nagrody Grammy czy jakieś tam jeszcze inne. Nawet McCartney nie oparł się pokusie wypuszczając na rynek, skąd inąd cudowną, Kisses On The Bottom.
To zresztą właśnie z McCartneyem pokłócił się Ringo o swój solowy debiut. Prosił o przełożenie wydania kolejnej płyty Paula, żeby nie wchodzili sobie w drogę. Kolega odmówił. Ringo musiał przełknąć kolejną gorzką pigułkę. Piosenkę Stardust aranżował... McCartney.
Ale najsmutniejsze jest to, że Sentimental Journey jest bardzo dobrą płytą. Nikomu nie będę wmawiał, że Ringo wielkim wokalistą jest, bo nie jest. Ale, tak między nami, Lennon też nie był. Natomiast eksperyment Ringo, by każdy utwór aranżował ktoś inny, sprawdził się cudownie. Ta płyta jest wycyzelowana w każdym, najdrobniejszym aranżacyjnym szczególe. Brzmi krystalicznie, brzmi jednocześnie śmiertelnie poważnie i ironicznie, ale w tym dobrym tonie. Ringo nie byłby sobą, gdyby nie puścił do słuchaczy perskiego oka. Na przykład w takim Have I Told You Lately That I Love You?... Zresztą, wspaniale zrealizowany teledysk do piosenki tytułowej Sentimental Journey, mówi sam za siebie. To po prostu trzeba zobaczyć. Tym bardziej, że nagranie różni się mocno od tego na albumie.
I dlatego, jak już mówiłem, cieszę się, że Ringo może być świadkiem, że ta jego, powszechnie pogardzana kiedyś płyta, doczekała się rehabilitacji. Dawne recenzje można już spokojnie spuścić Wodogrzmotem Mickiewicza w najbliższym miejskim szalecie. W sieci internetów nowe pokolenia określają ją mianem zaginionej perły, wręcz klejnotem ery porozpadowej Beatlesów. Album, którego nikt nie chciał słuchać, wreszcie otrzymuje należne mu miejsce. Po latach okazuje się bardziej awangardowym niż łóżkowe ekscesy Lennona i Yoko na płytach Unfinished Music oraz syntezatorowe zabawy Harrisona na albumie Wonderwall Music razem wzięte.
A najzabawniejsze w tej historii jest to, że nagrywając Sentimental Journey, kolega Ringo Starr dopiero dobiegał trzydziestki. A brzmi jak doświadczony życiowy mentor, rozprawiający się z przemijającym życiem, jak Matuzalem przemawiający do wnuków.
I... jest w tym prawdziwy.
I ja mu wierzę.
Side One
1. Sentimental Journey 3:26
(Bud Green, Les Brown, Ben Homer; arr. Richard Perry)
2. Night and Day 2:25
(Cole Porter; arr. Chico O'Farrill)
3. Whispering Grass (Don't Tell the Trees) 2:37
(Fred Fisher, Doris Fisher; arr. Ron Goodwin)
4. Bye Bye Blackbird 2:11
(Mort Dixon, Ray Henderson; arr. Maurice Gibb)
5. I'm a Fool to Care 2:39
(Ted Daffan; arr. Klaus Voormann)
6. Stardust 3:22
(Hoagy Carmichael, Mitchell Parish; arr. Paul McCartney)
Side Two
1. Blue, Turning Grey over You 3:19
(Andy Razaf, Fats Waller; arr. Oliver Nelson)
2. Love Is a Many Splendored Thing 3:05
(Sammy Fain, Paul Francis Webster; arr. Quincy Jones)
3. Dream 2:42
(Johnny Mercer; arr. George Martin)
4. You Always Hurt the One You Love 2:20
(Allan Roberts, Doris Fisher; arr. John Dankworth)
5. Have I Told You Lately That I Love You? 2:44
(Scott Wiseman; arr. Elmer Bernstein)
6. Let the Rest of the World Go By 2:55
(Ernest R. Ball, J. Keirn Brennan; arr. Les Reed)
Ci, którzy pomogli stworzyć tę płytę:
Ringo Starr – vocals;
oraz
Billy Preston – piano on I'm a Fool to Care, organ on Love Is a Many Splendored Thing;
George Martin – conductor on Night and Day, Dream and Sentimental Journey;
Ron Goodwin – conductor on Whispering Grass;
Maurice Gibb – conductor on Bye Bye Blackbird;
Klaus Voormann – conductor on I'm a Fool to Care;
Francis Shaw – conductor on I'm a Fool to Care (supplementary strings) and Love Is a Many Splendored Thing;
Johnnie Spence – conductor on Blue, Turning Grey Over You;
John Dankworth – orchestral conductor and saxophone on You Always Hurt the One You Love;
Les Reed – conductor on Let the Rest of the World Go By.
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.