No i dotarliśmy do płyty, która od blisko 60 lat skutecznie wymyka się obiektywnym recenzjom. W moim przypadku – także subiektywnym. Oczywiście traktując subiektywizm jako poznanie pozafilozoficzne czyli słownikowe, które brzmi: przedstawianie i ocenianie czegoś wyłącznie z własnego punktu widzenia.
No i z tym własnym punktem widzenia jestem nieco na bakier, bo są dni, kiedy ta płyta mnie irytuje, wręcz drażni i nie pozwala się wysłuchać do końca. Ale zaraz potem, w innych okolicznościach przyrody, chłonę tę muzykę wszystkimi zmysłami, pozwalam zagnieździć się do tego stopnia, że towarzyszy mi przez cały czas jako tło wszelkiej codzienności. Nawet zdarza mi się nucić, chociaż bywa to wyzwanie dość karkołomne.
Kiedy czytam opinie słuchaczy debiutu Vanilla Fudge, mam wrażenie, że nie jestem w tym swoistym dualizmie odosobniony. Niezależnie jednak od pozytywnego czy negatywnego wydźwięku recenzji, zdecydowana większość podkreśla, że to płyta ważna. A nawet bardzo.
I dlatego warto ją znać. A po 60 latach nawet należy, bowiem stała się ona niezamierzoną encyklopedią muzyki rockowej. Co postaram się mniej lub bardziej udowodnić.
Wróćmy do roku 1967. Czterech cholernie zdolnych facetów dostaje szansę nagrania debiutanckiej płyty. Specjalizują się w coverach, co w tamtej epoce nie jest niczym dziwnym. Istnieją jeszcze powszechnie zawody kompozytora i tekściarza, inaczej mówiąc twórców piosenek, dostarczycieli materiału do wykonania. Czerpie z tego cały rynek muzyczny, chociaż – od czasu nastania The Beatles i Rolling Stones, powoli się to zmienia, lecz jeszcze nie zanika. Czterej faceci z Vanilla Fudge czerpią więc garściami z tego, co dostarcza rynek. Czerpią, aby na każdej z zaczerpniętej kompozycji odcisnąć swoje piętno. I właśnie owo piętno może się podobać lub nie, ale na pewno pomaga uzyskać nową jakość. Wycisnąć to, co do tej pory pozostawało ukryte.
Jak napisałem, jest rok 1967. Już ukazała się Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band genialny album zespołu The Beatles. Psychodelia wiruje w powietrzu, chłopaki z Vanilla Fudge zanurzają się w niej, pławią się, odczytują po swojemu, by te twórcze transkrypcje zaprezentować światu. I czynią to w sposób genialny. Są bowiem nie tylko doskonałymi muzykami, ale też udaje im się na debiutancką płytę wybrać piosenki, które po 60 latach wciąż są żywe w radiu, wciąż są nagrywane prze kolejnych wykonawców. Mieli niesamowite wyczucie (przeczucie?), by wyłuskać to, co najlepsze, wyłowić przyszłe evergreeny.
Szacunek czapką do ziemi.
Zacznijmy od Beatlesów. Musimy, bo ta płyta od początku do końca jest swoisty hołdem dla Czwórki z Liverpoolu. Otwiera ją Ticket to Ride, piosenka Johna Lennona i Paula McCartneya nagrana w 1965 roku na potrzeby albumu Help!. To jedna z tych piosenek wczesnego okresu, która się nie starzeje i od 60 lat wciąż znajduje się wśród 500 najważniejszych piosenek w historii muzyki według magazynu Rolling Stone, a ja mu wierzę. Sam zresztą uwielbiam Ticket to Ride, niegdyś żelazny punkt koncertów wyzwalający szaleństwo na widowni.
Na zamknięcie krążka dostajemy za to Eleanor Rigby, znów piosenkę Lennona i Mccartneya, tym razem z przełomowego albumu Revolver. Jak powszechnie wiadomo, bez Revolver nie byłoby Sierżanta Pieprza... Jest to także jedna z tych nielicznych piosenek, w których Beatlesi udzielają się jedynie wokalnie, bo muzykę wykonują kwartety smyczkowe.
Podobno George Harrison uwielbiał wersję Eleanor Rigby nagraną przez Vanilla Fudge i całymi dniami katował nią swoich znajomych i sąsiadów. Ja osobiście za najlepsze wykonanie tej piosenki uważam wersję Raya Charlesa, który Eleanor Rigby zrobił absolutną perłę, ale nie mogę odmówić chłopakom z Vanilla Fudge szczypty geniuszu.
To jeszcze nie koniec Beatlesów na tej płycie, chociaż nie pojawia się już więcej żadna ich piosenka. Ale...
Cały debiutancki krążek Vanilla Fudge, to covery. Z wyjątkiem czterech kilkudziesięciosekundowych miniatur, których przedziwne tytuły (patrz wznowienie cyfrowe na CD) układają się w: STRAWBERRYFIELDS, czyli początek psychodelicznego hymnu Strawberry Fields Forever, oczywiście z repertuaru The Beatles.
O tym, że zarówno Eleanor Rigby jak i Strawberry Fields Forever są grane do dzisiaj chyba nie muszę nikogo przekonywać.
Druga na naszej płycie piosenka to People Get Ready napisana przez Curtisa Mayfielda dla swojego zespołu The Impressions. Ich wykonanie trafiło na singiel w 1965 roku, stając się światowym przebojem. Swego czasu przypomniał o niej Bob Marley, później Bob Dylan i wielu innych. W 1985 roku absolutnie genialną wersję nagrali wspólnie Jeff Beck i Rod Stewart.
She's Not There z repertuaru zespołu The Zombies, to dla mnie jedna z najpiękniejszych piosenek w historii muzyki. Towarzyszy mi od zawsze. Po prostu jest. Wersja She's Not There chłopaków z Vanilla Fudge dość często mnie drażni, bo uwielbiam jej oryginalną bezpretensjonalność, jej wokalne harmonie, jej jasne brzmienie. Ale też to właśnie jej obecność ubogaca krążek Vanilla Fudge. Ona nie mogła tu zabrzmieć inaczej. Jest chyba zresztą najbliższa oryginałowi. Hołd w czystej, acz mocno psychodelicznej, postaci.
No i doszliśmy do numeru cztery czyli nieśmiertelnej piosenki Bang Bang znanej oczywiście z wykonania Cher, ale lista jej późniejszych wykonawców to istna książka telefoniczna. No i jeszcze owa niepowtarzalna wersja Nancy Sinatry wykorzystana w filmie Kill Bill...
W 1966 roku, późniejsza królowa disco Diana Ross była członkinią wokalnego tria The Supremes. Nagrana przez dziewczyny piosenka You Keep Me Hanging On natychmiast stała się numerem 1 list przebojów na moment detronizując piosenki Beatlesów. Nie dziwi, że Vanilla Fudge rozprawili się z You Keep Me Hanging On po swojemu. I chyba to jedyna niedyskotekowa wersja tej piosenki. Chociaż mogę się mylić. Moje pokolenie zna ją głównie z wykonania Kim Wilde w 1986 roku. Już wolę oryginał. A jeżeli już mam wybierać, to tutaj obiema rękami głosuję za Vanilla Fudge. Dali dowód, że porządny materiał można wykonywać w każdy stylu tak, by nie stracił nic ze swojej magii.
No i doszliśmy w ten sposób do Take Me for a Little While, piosenki skomponowanej przez muzyka i producenta country Trade'a Martina. Wprawdzie nagrał on swoją wersję na singlu w 1967 roku, ale wydał go w swojej wytwórni i niewielkim nakładzie. Wrócił do niej dopiero na albumie z 1972 roku. Ale też nie komponował tego utworu dla siebie. Myślę, że członkowie Vanilla Fudge sięgnęli po niego z premedytacją, albowiem jeszcze wtedy ciągnęła się za nim mała smużka skandalu. W 1965 roku Take Me for a Little While nagrała cudowna, początkująca Evie Sands. Taśma z nagraniem trafiła do konkurencji, która skopiowała piosenkę i wyprzedziła rywali publikując ją w wykonaniu soulowej wokalistki Jackie Ross. Trudno dzisiaj powiedzieć, którą wersję Vanilla Fudge wzięli na tapet, skoro od 1965 do 1967 roku wykonywali ją jeszcze chociażby znany z gry na basie Johnny Gustafson, niemiecka kapela The Koobas, niezrównana Patti LaBelle z zespołem The Bluebelles, australijczycy z The Deakins, rewelacyjna Dusty Springfield oraz Holendrzy znani jako The Tee-Set. Do dzisiaj liczba wersji tego utworu mocno się zwielokrotniła.
To właśnie miałem na myśli pisząc, że debiut Vanilla Fudge stał się mimowolnie encyklopedią rocka. Wystarczy odszukać wszystkie wersje zawartych na nim kompozycji, by przebić się przez cały gąszcz topowych i zapomnianych wykonawców. Chociażby dlatego ten album zasługuje na miejsce na półce. Przez 60 lat płyta, która została pomyślana jako podsumowanie i nowe podanie tego, co najlepsze wydarzyło się w muzyce lat sześćdziesiątych, stała się drogowskazem, punktem odniesienia oraz powodem sporów.
Dzisiaj, a zostały jeszcze trzy dni do końca 2025 roku, odeszła Brigitte Bardot. W 1967 roku nagrała piosenkę Harley Davidson skomponowaną przez Serga Gainsbourga, rok później wydaną na singlu.
Vanilla Fudge chyba nie nagrali tej piosenki. Słucham ich debiutu i wciąż mi się podoba. I trudno uwierzyć, że to prawie 60 lat. Czasem czas pozwala nie zapomnieć
1. Ticket to Ride 5:40
(John Lennon, Paul McCartney)
2. People Get Ready 6:30
(Curtis Mayfield)
3. She's Not There 4:55
(Rod Argent)
4. Bang Bang 5:20
(Sonny Bono)
5. Illusions of My Childhood-Part One 0:20
(Carmine Appice, Tim Bogert, Vince Martell, Mark Stein)
6. You Keep Me Hanging On 7:26
(Brian Holland, Lamont Dozier, Eddie Holland)
7. Illusions of My Childhood-Part Two 0:23
(Carmine Appice, Tim Bogert, Vince Martell, Mark Stein)
8. Take Me for a Little While 3:27
(Trade Martin)
9. Illusions of My Childhood-Part Three 0:22
(Carmine Appice, Tim Bogert, Vince Martell, Mark Stein)
10. Eleanor Rigby 8:24
(John Lennon, Paul McCartney)
Na cyfrowej reedycji wydawca nieco zmodyfikował tytuły ze strony B longplaya w taki sposób, by układały się one - zgodnie z intencją zespołu - w początek tytułu piosenki STRAWBERRYFIELDS:
5. STRA (Illusions of My Childhood-Part One) 0:20
(Carmine Appice, Tim Bogert, Vince Martell, Mark Stein)
6. You Keep Me Hanging On 7:26
(Brian Holland, Lamont Dozier, Eddie Holland)
7. WBER (Illusions of My Childhood-Part Two) 0:23
(Carmine Appice, Tim Bogert, Vince Martell, Mark Stein)
8. Take Me for a Little While 3:27
(Trade Martin)
9. RYFI (Illusions of My Childhood-Part Three) 0:22
(Carmine Appice, Tim Bogert, Vince Martell, Mark Stein)
10. Eleanor Rigby 8:03
(John Lennon, Paul McCartney)
11. ELDS 0:21
(Carmine Appice, Tim Bogert, Vince Martell, Mark Stein)
Skład:
Carmine Appice – drums, vocals;
Tim Bogert – bass, vocals;
Vince Martell – guitar, vocals;
Mark Stein – lead vocals, keyboards.
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.