Rocznik 1942
Zdecydowanie pod wieloma względami Syci wyprzedzał epokę. Syci był moim najbliższym kolegą w szkole podstawowej. Myślałem nawet, że przyjacielem, ale na myśleniu się skończyło. W każdym razie to Syci wymyślił pierwszy polski cover-band. Powołał go do życia gdzieś w okolicach szóstej klasy podstawówki tworząc wielozeszytowy cykl powieści The Beatles II. Siebie posadził za perkusją, twierdząc, że przypomina Ringo Starra z okładki płyty Beatles For Sale. Nie pamiętam już, których z naszych kolegów wcielił w Johna Lennona i George'a Harrisona. Ja miałem uosabiać Paula McCartneya. Szkolna plotka głosiła, że, aby grać na gitarze basowej, nie potrzeba żadnych zdolności, nawet słuchu. Pasowało.
Słuchu do gry na instrumentach, to ja rzeczywiście nie mam.
O gitarę basową mordowałem rodziców, ale się zawzięli i nigdy mi jej nie kupili. Próbowali się zrehabilitować po latach wręczając mi uroczyście dziecięcą replikę basu podczas premiery książki Na wczoraj w radomskim Klubie Środowisk Twórczych "Łaźnia". Zamiast gitary w dzieciństwie dostałem maszynę do pisania. I to są skutki.
Syci akcję swojej powieści prowadził dość brawurowo. Doszło do tego, że – zainspirowany niejako zabójstwem Lennona – unicestwił nas wszystkich z rąk jakiegoś szaleńca strzelającego z karabinu maszynowego podczas koncertu. I, chociaż narrację do tej pory prowadził w pierwszej osobie, czyli oczami uśmierconego Ringo Starra II, nie powstrzymało go to przed stworzeniem kolejnego cyklu The Beatles III pisanego już w osobie trzeciej. I w ten oto sposób wynalazł jedyny w swoim rodzaju tribute cover band, co wtedy wydawało mi się przesadą.
Dzisiaj by mnie to już nie zdziwiło. Najwyżej uznałbym pomysł za mocno wtórny.
Wczesna młodość ma swoje prawa, a przeszłość sprzed dnia urodzin zlewa się w jedno. Początek Beatlesów, druga wojna światowa, Bitwa pod Grunwaldem i walka o ogień to identyczna prehistoria. Wiedziałem jako szczeniak, że Beatlesi się rozpadli wieki temu i koniec. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że chłopaki wciąż żyją, a nawet nagrywają. Zdaje się, że wtedy byli nawet młodsi niż ja teraz...
I znowu to Syci skądś wytrzasnął radziecki, winylowy singiel Paula McCartneya z piosenką Heart Of The Country (co było na drugiej stronie, nie pamiętam). Jak ja się zakochałem w tej piosence! Uwielbiam ją do dzisiaj. Jest tak przekonująco szczera, wokal Paula wyciągnięty do granic możliwości na pierwszy plan sprawia wrażenie, jakby każdemu opowiadał swoją historię w tajemnicy, na ucho. Słychać nawet, jak przełyka ślinę.
No i okazało się, że świat jest bardziej skomplikowany i nawet Mieczysław Fogg śpiewał przed wojną piosenki jazzowe.
Historia muzyki uczy pokory przy wystawianiu ocen.
Na tak zwanej przestrzeni lat miałem okresy fascynacji solową twórczością każdego z Beatlesów. Dwie płyty nagrane swego czasu przez Pete'a Besta uważam za absolutnie śliczne. Najtrudniej było z Ringo Starrem, ale on też pozbierał się w końcu i daj mu Panie Boże zdrowie. Teraz, gdy już dorosłem, ale nie wyrosłem z Beatlesów, staram się oceniać to wszystko nieco bardziej na zimno, ale w ich przypadku to trudne. Bo za każdym razem człowiek mierzy się z legendą. A legendy mają to do siebie, że żyją swoim własnym życiem i zawierają jedynie ziarenko prawdy.
I czasem właśnie o to ziarenko chodzi.
Można się spierać, który z nich odniósł największy sukces komercyjny, tylko po co? Natomiast zdecydowanie da się powiedzieć, że najbardziej pracowity z nich wszystkich na polu muzyki był Paul. I jest (mamy rok 2025). Kiedy w 2024 roku ukazywał się ostatni singiel Now And Then sygnowany nazwą The Beatles, Ringo Starr przyznał, że gdyby nie McCartney, dorobek Beatlesów byłby o wiele skromniejszy. To właśnie Paul gonił całą czwórkę do pracy, to on przynosił najwięcej świeżych pomysłów, zmuszał do eksperymentowania, eksplorowania całkiem nowych obszarów.
To on rozpad zespołu przepłacił głęboką depresją.
Pozbierał się dzięki ukochanej żonie. Nagrywał płyty solowe, nagrywał płyty z nowym zespołem Wings, gdzie miejsce Johna Lennona na długo zajął Danny Laine (wcześniej głos zespołu The Moody Blues). Nagrywał płyty rockowe, symfoniczne, elektroniczne. Jego bondowska kompozycja Livin' And Let Die do dzisiaj się nie zestarzała i jako jedna z nielicznych, będąc całkowicie w klimacie filmowej serii, nie trąci myszką.
Czego chcieć więcej? Okaże się, kiedy będziemy rozmawiać o kolejnych jego postBeatlesowkich płytach.
Dyskografia
Albumy studyjne:
Live:
Kompilacje:
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.