Ginger Baker  płyty

Ginger Baker's Air Force - Ginger Baker's Air Force

1970

Kiedy w 1993 roku świat oszalał na punkcie utworu Macarena hiszpańskiego duetu Los del Río, coś za szybko ten – bądź co bądź chwytliwy – rytm wlazł mi do głowy. Poczułem się jak typowy inżynier Mamoń, któremu podobają się tylko te piosenki, które już zna. Sytuacja była o tyle dziwna, że piosenka mi się nie podobała, ale zdecydowanie ją znałem. 
No i tak ją znałem przez kilka lat.


Nie pamiętam już, od kogo przegrałem pierwszą płytę Ginger Baker's Air Force. Na pewno przegrywałem ją z winyla, bo do dzisiaj ta moja cyfrowa kopia trzeszczy przed startem jak torebka foliowa z ryżem. Ale to nie dlatego rzadko do niej wracam. Według mnie ta płyta ma w sobie mniej więcej tyle samo zalet, co wad. A zalet jest ilość niepoliczalna, to i ilość wad tym samym zwyczajnie wuk...wia. I to jest jedyny powód. Jedyny, choć niepoliczalny.


No i kiedy naszła mnie wreszcie ochota, aby przecierpieć te wady, aby ponownie odkryć zalety, odkryłem tajemnicę Macareny. Włączcie pierwszy numer Da Da Man. Skomponowany przez genialnego jazzowego flecistę i saksofonistę, wywodzącego się Karaibów i wychowanego na tamtejszej muzyce Harolda McNaira, jest absolutnym pierwowzorem nieco kiczowatego hiciora lat dziewięćdziesiątych. 
To odkrycie spowodowało, że włączyłem płytę znów od początku i poczułem się, jakbym słuchał jej pierwszy raz.
Było warto.


Muzyczne supergrupy mają to do siebie, że istnieją zbyt krótko, aby można je nazywać zespołami. Słowo zespół ma w sobie coś stałego, ma w sobie pewną wewnętrzną więź powodującą, że wyraz przestaje być wyrazem, a staje się zespołem.


Ginger Baker miał dar do supergrup. Nie miał daru do zespołów. A jego Ginger Baker's Air Force był supergrupą totalną. Na podstawie składu osobowego można skomponować cykl monografii na wzór Komedii ludzkiej autorstwa wielkiego Balzaca. I, między innymi, dlatego to się nie mogło udać. Coś, co zniesie papier, o wiele trudniej znieść w życiu. Zbyt wiele indywidualności, zbyt wiele planów, zbyt wiele oczekiwań i zobowiązań. 


Całe szczęście, że została ta płyta. Szczęście, bo jest także druga schowana pod tą samą nazwą, ale jej Komedia ludzka ma już innych bohaterów.


Ten krążek został nagrany na żywo. To jego ogromna zaleta, bo jestem pewien, że nie udałoby się w studio wyczarować tego magicznego przekomarzania instrumentów, tej unikalnej energii czerpanej z radości wspólnego grania i sprzężenia z publicznością. To zawsze daje kopa. 
Ale właśnie ten plus jest równocześnie minusem. Bowiem jakość nagrania pozostawia wiele do życzenia. Album brzmi jak średniej jakości bootleg nagrany nieco przez przypadek. I teraz następuje najtrudniejsze do wyjaśnienia. Są dni, kiedy ta jakość mi zupełnie, ale to kompletnie, nie przeszkadza. Wchodzę w ten klimat z butami, tkwię wewnątrz wręcz oddychając nutami. A są chwile, kiedy nie umiem. Kiedy zlewające się brzmienie drażni, irytuje, wwierca się boleśnie w uszy. Wtedy wyłączam. I długo nie wracam.


Ale tę płytę po prostu trzeba znać. 
Jest skomasowaną kwintesencją tego, co zakończyło lata sześćdziesiąte i z czego wyrosło to, co najlepsze lat siedemdziesiątych. Z tego twórczego szaleństwa można było czerpać garściami i, jak pokazała Macarena, całymi latami. Każdy uczestnik tego koncertu to absolutny wirtuoz z jasno wyklarowanym własnym stylem. Mieszanina tych indywidualnych ekspresji powoduje, że chwilami mózg ma ochotę eksplodować w ekstazie. Aż żal ściska, że nie nagrywali każdego ze swoich występów oddzielnie, bo jestem przekonany, że każdy wieczór wyglądał, czy raczej – brzmiał odmiennie. To normalne, kiedy każdy muzyk jest równocześnie twórcą i tworzywem, że zacytuję klasyka z filmu Rejs.


Na pytanie, czy w 2026 roku ta płyta się broni, nie ma prostej i jednoznacznej odpowiedzi. Taka statystycznie uśredniona brzmi: nie. Ale statystyka sprowadza się do tego, że jeżeli ja codziennie jem kapustę, a mój pies mięso, to znaczy, że obaj statystycznie wpieprzamy gołąbki.

Ta płyta jest przede wszystkim dla starych pierników, którzy ją znają i dla tych, którzy jej jeszcze nie odkryli. Ale wiem, że przecież ludzkość wciąż produkuje takie pierniczki, co to chcą grzebać w archiwach i zachwycać się archeologicznymi wykopaliskami. Tym wystarczy tylko kupić łopatkę i wiaderko. Z czasem się dokopią.



   Side 1
1. Da Da Man 7:16

   (Harold McNair)

2. Early in the Morning 11:13

   (traditional; arranged by Ginger Baker)

   Side 2
1. Don't Care 12:32

   (Ginger Baker, Steve Winwood)

2. Toad 12:59

   (Ginger Baker)

   Side 3
1. Aiko Biaye 13:00

   (Remi Kabaka, Teddy Osei)

2. Man of Constant Sorrow 3:50

   (traditional; arranged by Denny Laine)

   Side 4
1. Do What You Like 11:47

   (Ginger Baker)

2. Doin' It 5:26

   (Ginger Baker, Ric Grech)


Wykonawcy:

* Ginger Baker – drums (all tracks), percussion (all tracks), timpani (all tracks), vocals Early in the Morning;
* Denny Laine – guitars, vocals Early in the Morning, Man of Constant Sorrow;
* Ric Grech – bass guitar, violin Man of Constant Sorrow;
* Steve Winwood – Hammond organ, bass guitar Man of Constant Sorrow, vocals Don't Care and Do What You Like;
* Chris Wood – tenor saxophone, flute;
* Graham Bond – Hammond organ, alto saxophone Da Da Man, vocals Aiko Biaye;
* Harold McNair – tenor and alto saxophones, alto flute;
* Jeanette Jacobs – vocals Da Da Man and Don't Care;
* Remi Kabaka – drums, percussion Toad;
*Phil Seamen – drums, percussion Toad.


 

08 czerwca 2026

Ginger Baker's Air Force - Ginger Baker's Air Force

Domyślna treść artykułu.


W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.