Rocznik 1941.
Powinienem napisać, że urodziłem się o rok za późno, by zobaczyć Jona Lorda na koncercie z The Artwoods w moim rodzinnym mieście Radomiu, ale to gówno prawda. Jako niespełna rocznego smarkacza raczej by mnie rodzice na koncert nie puścili, skoro nie puszczali nawet, gdy miałem lat 16 czy 17. Ale i tak do dzisiaj zachodzę w głowę, jakim cudem The Artwoods trafili nie tylko do Polski, ale też do Radomia, miasta w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych nie będącego raczej centrum światowej rozrywki.
Chyba skopiuję ten fragment jako wstęp do rozważań o The Artwoods.
Z samym Jonem Lordem było trochę tak, jak z Hansem Christianem Andersenem autorem ponadczasowych baśni. Pisał je dla pieniędzy. Pisał je i wcale ich nie lubił. Po prostu musiał z czegoś żyć. Marzył, by zostać tancerzem baletowym. Nawet występował na scenie, ale bez sukcesu. Został wirtuozem opowieści.
Jon Lord chciał być aktorem. I to nie byle jakim, ale dramatycznym, gruntownie wykształconym teatralnym. Owszem, od najmłodszych lat uczył się gry na fortepianie, później równolegle na organach, ale aktorstwa posmakował w amatorskich teatrach. Spodobało mu się. Gdy miał 18 lat zapisał się do Central School of Speech and Drama, lecz wytrzymał tylko rok. Stał się jednym z organizatorów buntu profesorsko-studenckiego i w proteście przeciwko zbyt ograniczonej ofercie edukacyjnej, wraz z całą grupą założył konkurencyjną szkołę Drama Centre London. Oj, nie była to łatwa szkoła... Ukończył ją w 1964 roku.
Aby zarobić na studia i życie, grywał tu i ówdzie na instrumentach klawiszowych. Grywał coraz lepiej, grywał coraz odważniej, grywał coraz bardziej oryginalnie. Brzmienie jego Hammonda stawało się rozpoznawalne i nie do podrobienia. Podobno powiedział kiedyś coś w tym stylu: nie możesz grać na organach Hammonda tak, jakbyś grał na pianinie, bo będzie to po prostu gra na pianinie za pomocą organów Hammonda; musisz umieć grać na organach.
On umiał.
Jego organy konkurowały o pierwszeństwo z gitarą Ritchiego Blackmore'a, szczególnie podczas koncertów. Zlewały się w jedno, rozchodziły i znów płynęły wspólnie. Potrafił tak klawiszami imitować grę gitarzysty, że zmuszał tego drugiego, do kreatywności czasem sięgającej ku niemożliwemu. Napędzali się i nienawidzili jednocześnie.
Jego organy słychać nie tylko w Deep Purple. Pojawiał się gościnnie na płytach wielu wspaniałych wykonawców, grał w kilku znaczących i efemerycznych kapelach. Na szczęście, zostawił też cudowne płyty solowe.
I być kogoś to jeszcze zaskoczy, mnie kiedyś zaskoczyło, że słychać na nich głos Fridy z zespołu ABBA, która była serdeczną, wieloletnią przyjaciółką Jona Lorda.
Dyskografia (solowa i nie tylko, ale wybiórcza):
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.