U.K.  płyty

U.K. - U.K.

1978

Albo ja mam pecha do tej płyty, albo ona do mnie. Właśnie żona zapytała, czy możemy już jechać na ostatnie przedświąteczne zakupy. Nie umiem jej niczego odmówić. Jest 21 grudnia 2025 roku. Wczoraj zmarł Michał Urbaniak, więc wróciłem do Tutu, genialnej płyty Milesa Davisa, gdzie Urbaniak dorzucił swoje trzy grosze.

 

Mniej więcej miesiąc temu wyciągnąłem z pudła na strychu debiut supergrupy U.K., ale wylądowałem w szpitalu, bo serce upomniało się o swoje prawa. A po szpitalu zazwyczaj nic się nie chce.
Wcześniej też nie było łatwo.


Nie wiem, czy w czasach mojej młodości, w jakiejkolwiek audycji radiowej ktoś prezentował tę płytę w całości. Jeżeli tak, to ja ją przegapiłem. Wiedziałem, że taka płyta istnieje z prasy muzycznej, czyli pewnie z Non Stopu, bo (poza jazzowym Jazzem) chyba nic innego się wtedy nie ukazywało. 

Znałem więc skład zespołu, znałem muzykę z opisu i próbowałem ją sobie wyobrazić. A kiedy wreszcie udało mi się zdobyć półpiracką kasetę magnetofonową, mój sprzęt postanowił się zbuntować i przestał odtwarzać. To znaczy, niby ciągnął taśmę, ale gubił obroty niczym zajeżdżony gramofon na gumkę, bełkotał coś nieznośnie jakby z głębin oceanu przez akwalung wydając irytujące dźwięki. Pierwsze pełne odsłuchanie odbyło się więc na monofonicznym dyktafonie kasetowym, w którym przester wysokich tonów zabijał komary w locie.


Wiem, że to głupie, ale zwyczajnie znielubiłem tę płytę do tego stopnia, że przez lata do niej nie wracałem. Żeby nie kusić licha. Skutek był taki, że po prawie 50 latach od premiery, ja wciąż znałem tę muzykę bardzo słabo, pobieżnie i niewystarczająco.
Ale, jak mawiał dyrektor mojej matki, nie ma tego złego, co by na drogę nie wyszło. Bo kiedy kilka tygodni temu wsłuchałem się w te dźwięki, zabrzmiały świeżością. Było w tym odsłuchu coś ze spełnionego marzenia dziecięcych lat. Było w tym podniecenie z czasów, gdy muzykę się zdobywało, by potem chłonąć ją godzinami zajeżdżając czarne krążki tępymi igłami gramofonów, bo nowe były nie do zdobycia.


Jakaż to cudowna płyta.
Nie zestarzała się ani o jedną nutę. Nie pozwoliła na to ogromna, wciąż pęczniejąca, rzesza współczesnych wykonawców z kręgu progresywnego rocka. Patenty U.K. słychać na większości obecnie nagrywanych krążków, te same rozwiązana melodyczne, rytmiczne, pasaże elektronicznych klawiszy, bas wygrywający na przekór wszystkiemu partie gitar prowadzących  i odwrotnie...

 
I znów przerwa. Na święta jedziemy na Podlasie, gdzie moja siostra kupiła dom i powoli go urządza. W święta spróbujemy oswoić całkiem nowe kąty. Przygotowania trwają. Bigos, ciasto wigilijne, ostatnie poprawki po remoncie w naszej kuchni i salonie, pakowanie. W domu piosenki świąteczne. Chwilami podsłuchuję sobie U.K.. Właśnie zaczął się jeden z najpiękniejszych fragmentów płyty, pierwsze chwile z By the Light of Day. Cudne.

 

Jest 22 grudnia 2025 roku. Przed chwilą usłyszałem, że zmarł Chris Rea. Nie rozumiem tekstu piosenki, ale snuje się smutek. Ten cień nostalgii za młodością ukrytą już teraz między okładkami starych płyt. To bardzo stara młodość.


Ten zespół był taki, jak moje jego słuchanie. W epoce, kiedy wydawało się, że rock progresywny, symfoniczny czy jak go tam zwać, zjada już nie tylko własny, ale też pożera swoje dzieci, kiedy muzyczny świat mitów i legend sypał się jak kraina Fantazji z NeverEnding Story, czterej faceci uparli się podtrzymać padające mury Jerycha i na przekór coś jeszcze udowodnić. Wydawało się, że nie wyszło. Przygoda pierwszego składu U.K. wystarczyła na jedną płytę. Po kolejnej drugi skład się rozleciał. Wydawało się, że nie... Ale jedynym prawdziwym sędzią jest czas. Czas, który się zapętlił, a kolejne pokolenia znów chciały muzyki do myślenia, przeżycia, grzebiącej gdzieś głęboko w duszy. Czasem może trudnej, zadziornej, ale z tym nieodgadnionym pięknem, które śni się po nocach.


Posłuchajcie kiedyś uważnie, jak tutaj gadają skrzypce przedrzeźniając elektryczną gitarę, jak wtórują im pojedyncze dźwięki z analogowego pianina. Ta płyta jest niczym suplement do wszystkiego, co najlepsze wydarzyło się w prog-rocku. Jest tu i King Crimson, są faceci z Emerson, Lake & Palmer, w powietrzu wiruje duch Yes, a do tego jeszcze wczesne wcielenie Genesis – jeżeli odwołamy się tylko do tych wciąż najbardziej popularnych. Bo odniesień tu znacznie więcej. Może najmniej do Pink Floydów, ale oni zawsze balansowali na granicy tak wielu światów, że stworzyli swój własny.


Debiut U.K. to mieszanka nastrojów, to zabawa w układanie kolejnych fragmentów utworów przenikających się, pojawiających się znikąd, urywanych i powracających echem ulotnych myśli.
Piękna płyta, której trzeba wysłuchać w skupieniu od początku do końca, ale też na tyle genialnie skomponowana, że można w nią wniknąć w dowolnym momencie. To jak kąpiel w rzece dziecięcych lat: miejsce to samo, znajome, oswojone i tylko wciąż nowa woda opływa twoje ciało. I zawsze wywołuje dreszcze.


Idą święta. To dobrze. Nie ma nic bardziej pierwszego od pierwszej gwiazdki, chociaż co roku jest to ta sama. Jak pierwsza płyta U.K..


 

1. In the Dead of Night 5:38

   (Eddie Jobson, John Wetton)

2. By the Light of Day 4:32

   (Eddie Jobson, John Wetton)

3. Presto Vivace and Reprise 2:58

   (Eddie Jobson, John Wetton)

4. Thirty Years 8:05

   (Eddie Jobson, John Wetton, Bill Bruford)

5. Alaska 4:45

   (Eddie Jobson)

6. Time to Kill 4:55

   (Eddie Jobson, John Wetton, Bill Bruford)

7. Nevermore 8:09

   (Allan Holdsworth, Eddie Jobson, John Wetton)

8. Mental Medication 7:26

   (Allan Holdsworth, Eddie Jobson, John Wetton)


Skład:
Allan Holdsworth – acoustic & electric guitar;
Eddie Jobson – keyboards, electric violin, electronics, add acoustic guitar on 7;
John Wetton – bass, lead and backing vocals;
Bill Bruford – drums, percussion.


22 grudnia 2025

U.K. - U.K.

Domyślna treść artykułu.


W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.