Wstęp
Przez kilkadziesiąt lat o tym albumie napisano już prawie wszystko, oprócz jednego zdania. Oto ono: przez wiele lat był to mój ulubiony album zespołu Yes. Kropka.
Rozwinięcie
Wychowywałem się przy muzyce z płyt rodziców i Programu Pierwszego Polskiego Radia. Dużo z tego zostało do dzisiaj. A kiedy mogłem nieco bardziej świadomie dokonywać wyborów (było to jakoś w połowie podstawówki) to wybrałem Beatlesów. Tych wczesnych. I wczesnego Elvisa. Muzyczny świat odpłynął w stronę psychodelii i nieco mocniejszych brzmień, a ja uparcie tkwiłem w polskim bigbicie oraz brytyjsko-amerykańskiej pierwszej połowie lat sześćdziesiątych. I to mi także zostało do dzisiaj. Na szczęście, nie tylko to.
Kiedy po raz pierwszy włączyłem ten album Yesów, to nie tylko wiedziałem o zespole sporo (w teorii oczywiście), ale też zdążyłem już usłyszeć i pokochać In The Court Of The Crimson King genialny debiut grupy King Crimson. To właśnie ta płyta otworzyła mi drzwi do innego świata i nauczyła słyszeć muzykę. O zespole Yes słyszałem. Muzyki zespołu Yes nie znałem. A kiedy usłyszałem, coś kliknęło. Coś... takie małe nieuchwytne, niematerialne coś wskoczyło na swoje miejsce. Znalazłem przęsło łączące. I zakochałem się w tej płycie na bardzo wiele lat.
To prawda, co napisał kiedyś Bill Bruford, że brzmieli wtedy jak połączenie Vanilla Fudge z Beach Boys. Ale też brzmieli tak na swój sposób. Oto zebrało się kilku nastolatków, którym nagle spełniały się marzenia. Mieli nagrać swoją własną płytę. Każdy więc wycisnął z siebie to, co miał – jego zdaniem – najlepszego. Nigdy wcześniej nie pracowali w studio, o produkcji i całym tym sprzęcie nagrywającym nie mieli pojęcia. Ta spontaniczność, a jednocześnie instynktowna dojrzałość, zaowocowała płytą wprawdzie niedoskonałą technicznie (chociaż współczesne remastery działają cuda), to bogatą, interesującą, porywającą i wyciszającą jednocześnie.
Oczywiście, bardzo trudno teraz uciec od porównań z późniejszymi, monumentalnymi propozycjami zespołu. Ale przecież już tutaj jest jasna zapowiedź przyszłego stylu. Jak dla mnie na szczęście tylko zapowiedź, bo kilka ikonicznych płyt zespołu Yes ciut mnie nudzi. I to nie dlatego, że ich czas minął. Dzisiaj, o ironio, oceniam je łagodniej niż kiedyś.
Wróćmy jeszcze na moment do roku 1969. Płyta ukazała się w Wielkiej Brytanii, kilka miesięcy później za oceanem. Po obu stronach Atlantyku sprzedała się kiepsko, ale za to zebrała bardzo dobre recenzje. Z biegiem lat ten trend się odwrócił. Coraz więcej ludzi chętniej kupowało wczesne płyty zespołu, za to krytycy mocno schłodzili swoje opinie. Moim zdaniem niesłusznie, ale każdy ma prawo do własnej oceny. I właśnie dlatego każdy powinien posłuchać tej płyty. Nic nie ryzykuje. Najwyżej mu się nie spodoba.
Chociaż trudno mi w to uwierzyć.
Już pierwsze dwie kompozycje (w przypadku Yes trudno przecież mówić o piosenkach) chwytają za pysk i wciągają cwałującym basem, otaczają klawiszami i nie puszczają do samego końca. W tym wszystkim absolutnie unikalny – do dzisiaj – głos Johna Andersona (tak, tak, to nie jest błąd, wtedy jeszcze nazywał się John Anderson; litery h z imienia pozbył się nieco później). Ten głos to nie tylko wisienka, ale wręcz wiśniowy tort czyli klasa sama w sobie. A już pojedynek gitary Petera Banksa z perkusją Billa Bruforda w I See You, to ten fragment, na który się czeka, bo wydaje się, że przyniesie chwilę wytchnienia, a tu człowiek wstrzymuje oddech, by nie uronić żadnej nuty. Wytchnienie przychodzi w trzecim utworze, ale na krótko. Bo zaraz jest Looking Around zdecydowanie mój ukochany z tej płyty. Kapitalna linia wokalu do dzisiaj wywołuje uśmiech. A dalej posłuchajcie sobie sami. Z uśmiechem. Zalecam.
Zakończenie
Podobno genialny aktor, Roman Wilhelmi przygotowując się do roli, na marginesie scenariusza stawiał sobie ołówkiem dwie literki: P lub O. W tłumaczeniu znaczyło to: przypierdolić lub odpuścić. Wystarczy uważnie przyjrzeć się jego grze w serialu Kariera Nikodema Dyzmy, by zrozumieć. Z tym stylem aktorstwa nieodmiennie kojarzy się pierwsza płyta Yes. Niestety, na wielu kolejnych zabrakło właśnie tego pierdolnięcia.
1. Beyond and Before 4:52
(Chris Squire, Clive Bayley)
2. I See You 6:47
(Jim McGuinn, David Crosby)
3. Yesterday and Today 2:49
(Jon Anderson)
4. Looking Around 3:58
(Jon Anderson, Chris Squire)
5. Harold Land 5:40
(Jon Anderson, Chris Squire, Bill Bruford)
6. Every Little Thing 5:41
(John Lennon, Paul McCartney)
7. Sweetness 4:31
(Jon Anderson, Chris Squire, Clive Bayley)
8. Survival 6:18
(Jon Anderson)
2003 remaster bonus tracks
9. Everydays (Single Version) 6:23
(Stephen Stills)
10. Dear Father (Early Version #2) 5:51
(Jon Anderson, Chris Squire)
11. Something's Coming 7:09
(Leonard Bernstein, Stephen Sondheim)
12. Everydays (Early Version) 5:18
(Stephen Stills)
13. Dear Father (Early Version #1) 5:31
(Jon Anderson, Chris Squire)
14. Something's Coming (Early Version) 8:02
(Leonard Bernstein, Stephen Sondheim)
Skład:
Bill Bruford – drums, vibraphone;
Tony Kaye – organ, piano;
Peter Banks – guitars, vocals;
Chris Squire – bass, vocals;
Jon Anderson – lead vocals, incidental percussion.
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.