Jedna z najlepszych płyt lat osiemdziesiątych. Jest na niej wszystko to, czego brakuje na większości popularnych albumów tamtego okresu: spontaniczność i radość grania. Perfekcja była wpisana w twórczość każdego z braci Wilbury, więc w tym akurat nie ma niczego dziwnego. Acha, jeszcze najważniejsze, syntezatory są tu użyte nad wyraz oszczędnie i jedynie w słusznej sprawie. To też spory wyjątek.
Bo też wszyscy bracia Wilbury byli wyjątkowi.
Bo też ta płyta jest wyjątkowa. Jej powstanie jest ściśle związane z powstaniem zespołu, o czym wspominałem tutaj.
A dzisiaj dodam najważniejsze zdanie: jedna piosenka spowodowała, że zamiast być piękną, radosną, mocno osadzoną w county-rockowych klimatach rodem z podrasowanych The Eagles, stała się płytą wybitną. Jak na ironię właśnie ta piosenka miała być żartem, miała być pastiszem rockowych songów, którymi amerykańską publiczność porywał Bruce Sprinsteen. Napisana i brawurowo zaśpiewana przez Boba Dylana piosenka Tweeter and the Monkey Man dociążyła album jakościowo. Więcej, stała się zalążkiem genialnego, nowego albumu Dylana, bo w 1989 roku na półki trafił Oh Mercy przesiąknięty duchem Travelling Wilburys.
Dzięki Tweeter and the Monkey Man wszystkie pozostałe kompozycje zyskały na znaczeniu. Nie potrzeba żadnych wnikliwych studiów, wystarczy rzut oka na ówczesne listy przebojów. Oto Handle with Care, wydany na singlu i uznawany do dzisiaj za wizytówkę pierwszego wcielenia Travelling Wilburys, zaatakował notowania i zaparkował dopiero na 5 miejscu. Natomiast płyta długogrająca natychmiast poszybowała na pierwsze miejsca sprzedaży i w samych Stanach pokryła się trzykrotną platyną.
Tweeter and the Monkey Man nigdy nie stał się przebojem solo. Ale to on wywindował całość. To trochę tak, jak z wprowadzaniem muzyków do Rock and Roll Hall of Fame. Niektórzy trafiają tam jako soliści, inni – mimo solowych dokonań – jedynie jako członkowie zespołów. W piłce nożnej cały zespół gra na Lubańskiego.
Płyta bez słabych punktów. Trwa niecałe 40 minut wciąż pozostawiając niedosyt, którego nie zaspokoiły dodane kilka lat później dwa nagrania bonusowe.
To radość w czystej postaci.
To taka płyta, która raz w życiu powinna się przydarzyć każdemu muzykowi. Ona jest jak przypomnienie, dlaczego jej twórcy weszli na muzyczną drogę. Ona jest jek przypomnienie, dlaczego tak bardzo czekamy na kolejne albumy.
Ta płyta jest.
wszystkie utwory: Traveling Wilburys.
Side one
1. Handle with Care 3:19
(voc. George Harrison, Roy Orbison)
2. Dirty World 3:30
(voc. Bob Dylan, Harrison, Orbison, Jeff Lynne, Tom Petty)
3. Rattled 3:00
(voc. Jeff Lynne, Tom Petty, George Harrison, Roy Orbison)
4. Last Night 3:48
(voc. Tom Petty, Roy Orbison)
5. Not Alone Any More 3:24
(voc. Roy Orbison)
Side two
1. Congratulations 3:30
(voc. Bob Dylan)
2. Heading for the Light 3:37
(voc. George Harrison, Jeff Lynne)
3. Margarita 3:15
(voc. Bob Dylan, Tom Petty, Jeff Lynne)
4. Tweeter and the Monkey Man 5:30
(voc. Bob Dylan)
5. End of the Line 3:30
(voc. George Harrison, Jeff Lynne, Roy Orbison, Tom Petty)
Bonus tracks on the 2007 CD reissue
11. Maxine 2:49
(voc. George Harrison)
12. Like a Ship 3:31
(voc. Bob Dylan)
Skład Traveling Wilburys:
Nelson Wilbury (George Harrison) – electric and acoustic guitars, slide guitar, Dobro, lead and backing vocals;
Otis Wilbury (Jeff Lynne) – electric and acoustic guitars, bass,keyboards; drums and cowbell on Handle with Care, lead and backing vocals;
Charlie T. Wilbury Jr (Tom Petty) – acoustic guitar, lead and backing vocals;
Lefty Wilbury (Roy Orbison) – acoustic guitar, lead and backing vocals;
Lucky Wilbury (Bob Dylan) – 12-string acoustic guitar, harmonica on Handle with Care, lead and backing vocals;
oraz
Buster Sidebury (Jim Keltner) – drums (all tracks except Handle with Care);
Jim Horn – saxophones;
Ray Cooper – percussion;
Ian Wallace – tom-toms on Handle with Care.
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.