Śmiech przychodzi później, tak jak zęby mądrości, a śmiech z samego siebie na ostatku, w szaleńczym wyścigu ze śmiercią. I bywa, że nie zdąży na czas.
John Steinbeck – Na wschód od Edenu
Pamiętam ten dzień, kiedy w telewizorze po raz pierwszy zobaczyłem teledysk z ich piosenką Handle with Care. Jakież to było fantastyczne uczucie! Pięciu starych facetów, których kariery przebrzmiały jakiś czas temu udowodniło, że wciąż potrafią cieszyć się muzyką, że granie sprawia im autentyczną frajdę, że nie trzeba spinać pośladków, by stworzyć porywające, inteligentne i piękne piosenki. Naprawdę, skakałem po meblach z radości. To było tak odświeżające, tak bezpretensjonalne, a zarazem wysmakowane i inteligentne, że chciało się żyć.
Ktoś porównał ich pierwszą płytę do statku wikingów cumującego w porcie poduszkowców.
Dinozaury wróciły w wielkim stylu.
Jest 19 czerwca 2026 roku. Od kilku dni słucham tych 25 piosenek, jakie zostały po Travelling Wilburys. Tylko tyle, z czego jedynie 10 nagranych w pełnym pięcioosobowym składzie. Najstarszy z fikcyjnych braci Wilbury zmarł kilka miesięcy po publikacji debiutanckiego krążka na zawał serca. Najstarszy...
I właśnie uświadomiłem sobie, że ten najstarszy z tych dinozaurów, z tych starych wyjadaczy, z tych ówczesnych mamutów sceny, miał o wiele mniej lat, niż ja mam teraz. Gdy zakładali zespół, najmłodszy z tych weteranów muzyki, miał tyle lat co ja, kiedy uczyłem się jeździć samochodem i robiłem pierwsze w życiu prawo jazdy.
Mam wrażenie, że moja broda nie tylko mocno urosła, ale zbielała jeszcze bardziej. A przecież przede mną całe życie. I jeszcze będzie czas, żeby przesłuchać kiedyś każdą z tych płyt zalegających w pudłach na strychu...
Ale do brzegu, bo z kronikarskiego obowiązku należy odnotować, że zespół powstał w 1988 roku. Zawiązało go pięciu braci, których ojciec Daddy Wilbury dał się poznać jako niezły rozrabiaka i facet o tak zwanym twardym charakterze, chociaż synowie zapamiętali go jako pokornego wielebnego kościoła baptystów. A przynajmniej jeden z nich takim go wspominał. Tan najstarszy.
Bracia Wilbury to George Harrison, Jeff Lynne, Bob Dylan, Roy Orbison i Tom Petty. Pewnie powinienem tutaj wymienić ich pseudonimy, pod jakimi ukryli się na czas funkcjonowania w grupie, ale one zmieniały się w zależności od okoliczności. Na to przyjdzie czas podczas omawiania płyt. Tylko dwóch, chociaż aż trzech.
Połączyła ich praca oraz przyjaźń. Zdecydowanie pomysłodawcą całego przedsięwzięcia był George Harrison, który nigdy nie pogodził się z rozpadem The Beatles i to rozpadem naznaczonym kłótnią wśród dotychczasowych przyjaciół. Wciąż chciał wierzyć, że jest możliwe funkcjonowanie zespołu bez niepotrzebnych wewnętrznych tarć, zespołu stworzonego by tworzyć.
Kiedy zaczął współpracować Jeffem Lynnem, wcześniej podporą zespołu Electric Light Orchestra, ta wiara zaczynała przeistaczać się w pewność. Kolejność dołączania kolejnych członków do grupy jest z biegiem lat coraz mniej klarowna, ale jakoś tak wyszło, gdy Harrison komponował cokolwiek, żeby upchnąć to na drugiej strony singla wykrojonego z jego najnowszego solowego albumu. Pracował z Jeffem Lynnem, zamarzył mu się w refrenie wokal Roya Orbisona, poleciał do Toma Petty'ego, bo u niego zostawił na przechowanie gitarę, więc zaprosił i jego. A że zaimprowizowane studio funkcjonowało akurat w garażu Boba Dylana...
No i tyle. Piosenka na szczęście nie zginęła na rewersie singla, ale dała początek całkiem nowej płycie całkiem nowego zespołu.
Panowie, trochę żeby podkreślić demokratyczny charakter grupy, a trochę dla żartu, przybrali pseudonimy braci Wilbury. Jako fani grupy Monty Python, w duchu brytyjskiego humoru, stworzyli wymyśloną rodzinę, a członkowie Monty Pythona napisali do wkładek płyt całą jej historyczną genealogię.
25 piosenek. Dwie płyty zatytułowane odpowiednio, zgodnie z duchem Monty Pythona, Vol. 1 oraz Vol. 3. Ani jednego koncertu. To cała historia. Największa i najprawdziwsza supergrupa świata zrodzona z przyjaźni i ewidentnej potrzeby. Właściwie muzyczny żart, którego światowy sukces całkowicie zaskoczył jego autorów. Bo, jak zauważył już Tadeusz Konwicki, śmiech to jedyny wartościowy prezent od opatrzności.
Dyskografia
Box set
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.