Minęło 11 lat i ponownie album Black Sabbath zawalczył o miano posiadającego najgorszą okładkę w historii. Artysta plastyk dostał czarno-białą kserokopię zdjęcia dziecka, przerobił je na szatański pomiot i pomalował na czerwono. Efekt był wstrząsający. Wtedy, bo dzisiaj budzi jedynie uśmiech.
Ale nie płyta. Chociaż wielu ortodoksyjnych wyznawców Black Sabbath najchętniej wykreśliłoby Born Again z dyskografii, to jednak, obiektywnie, muzyka broni się do dzisiaj. Mroczna, chwilami majestatyczna, tajemnicza i jednocześnie przebojowa. Sprzedała się doskonale, chociaż prawdopodobnie powodowała ludźmi przede wszystkim ciekawość. Analogicznie: pewnie gdyby wokalistą Beatlesów nagle został Mick Jagger każdy chciałby się dowiedzieć, co z tego wynikło. Tutaj wokalistą Black Sabbath został Ian Gillan z obozu Deep Purple.
Wcale nie chciał. To menedżer przekonał go, że warto.
Tony Iommi za to chciał, żeby na tę okazję zespół otrzymał nową nazwę, tym bardziej, że perkusista Bill Ward, najwierniejszy muzyk z legendarnego pierwszego składu, przestał wierzyć w powodzenie nowego projektu, złożył pałeczki i pożegnał kolegów.
Wrócił, pomógł posklejać to, co zostało. Po tej płycie i trasie koncertowej odszedł znowu. I znów nie na zawsze.
Ta płyta jest inna niż poprzednie. Gillan napisał teksty o zwykłym życiu, o tym, co właśnie przeżył, co widział, co czuł. Żadnych diabłów i upiorów, żadnej magii. No, prawie.
Sukces komerycyjny był, ale nie udało się połączyć czerni i purpury. Chociaż wciąż uparcie zalicza się Black Sabbath i Deep Purple do tego samego nurtu, to przecież są to zupełnie inne muzyczne światy. Zupełnie inne myślenie o muzyce, zupełnie inna konstrukcja płyt.
Ian Gillan w przypływie szczerości wyznał kiedyś, że niewiele pamięta z tamtego okresu, bo bez przerwy był pijany.
Ale płyta została. I na szczęście jeszcze trochę koncertowych nagrań. Warto czasem porównać, jak brzmi Paranoid albo Black Sabbath w wykonaniu Ozzy'ego, Dio i Gillana. Ten sam zespół, ta sama piosenka i skrajnie różne przeżycie artystyczne.
Dobrej zabawy.
ps 1. Smoke on the Water w wykonaniu Black Sabbath brzmi jak piosenka Black Sabbath. I to też ma swój urok.
ps 2. Wiele lat później ukazała się płyta Born Again – Demos, na okładce której kolejny artysta odwrócił kolory i diabelskiego bachora pomalował na filetowo. Bóg się pomylił – tak o fiolecie mówią artyści.
Niemal wszystkie kompozycje: Tony Iommi, Geezer Butler, Bill Ward, Ian Gillan.
1. Trashed 4:16
2. Stonehenge 1:58
3. Disturbing the Priest 5:49
4. The Dark 0:45
5. Zero the Hero 7:35
6. Digital Bitch 3:39
7. Born Again 6:34
8. Hot Line 4:52
(Iommi/Butler/Gillan)
9. Keep it Warm 5:36
(Iommi/Butler/Gillan)
Edycja deluxe z 2011 roku
CD 2 (Bonus track)
1. The Fallen 4:30
(previously unreleased album session outtake)
2. Stonehenge 4:47
(extended version)
(Live at the Reading Festival on Saturday, August 27, 1983):
3. Hot Line 4:55
4. War Pigs 7:25
(Butler, Iommi, Ozzy Osbourne, Ward)
5. Black Sabbath 7:11
(Butler, Iommi, Osbourne, Ward)
6. The Dark 1:05
7. Zero the Hero 6:55
8. Digital Bitch 3:34
9. Iron Man 7:41
(Butler, Iommi, Osbourne, Ward)
10. Smoke on the Water 4:56
(Ritchie Blackmore, Ian Gillan, Roger Glover, Jon Lord, Ian Paice)
11. Paranoid 4:18
(Butler, Iommi, Osbourne, Ward)
Skład:
Tony Iommi – guitar, flute;
Geezer Butler – bass;
Bill Ward – drums;
Ian Gillan – lead vocals;
oraz:
Geoff Nicholls – keyboards
Bev Bevan – drums (on 2011 Deluxe Edition – Disc 2, tracks 3–11)
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.