Tego zespołu miało nie być.
Ronnie James Dio, a naprawdę Ronald James Padavona, uczył się grać na trąbce. Załapał się nawet do szkolnego zespołu. Gdy było trzeba, stanął przy klawiszach. Innym razem złapał za gitarę basową. Wreszcie zaśpiewał. Z tych wszystkich prób zrodził się zespół Elf, nazwa adekwatna do ówczesnego wizerunku Ronniego Jamesa Dio. Zawsze był wysoki inaczej, a wtedy jeszcze do bujnych włosów zapuścił rosochatą brodę nieco w stylu schyłkowego Jima Morrisona.
Muzyka Elfa stanowiła mieszankę rytmicznego bluesa i rocka mocnego do tego stopnia, że Deep Purple zaprosili go do supportowania koncertów, a Roger Glover wyprodukował dwie płyty.
Ronnie James Dio nie był liderem. Gdy tylko Ritchie Blackmore opuścił Purpli i założył pierwsze wcielenie Rainbow, Ronnie przyjął zaproszenie i został wokalistą. Najlepszym, jakiego Rainbow kiedykolwiek miał. I takiego, który nie chciał iść na popowe kompromisy.
Więc odszedł po trzech płytach.
Zaproponował Tony'emu Iommi, że zajmie miejsce opuszczone przez Ozzy'ego Osbourne'a w Black Sabbath. I okazał się niemal najlepszym wokalistą, jakiego miał Black Sabbath. Ale tu też nie chciał iść na kompromisy, zwłaszcza podczas produkcji nakładek do albumu koncertowego.
Odszedł.
Zrozumiał, że aby nie iść na kompromisy, musi mieć swój zespół. Założył go zabierając Sabbathom ówczesnego perkusistę Vinny'ego Appice'a. Potem zmieniał współpracowników, współpracownicy zostawiali jego. Czasem wracali, czasem nie. On sam, gdy tylko nadarzyła się okazja, wrócił do Black Sabbath. Na krótko. Potem wrócił jeszcze raz. Znowu do Black Sabbath, chociaż nazwali się na tę okazję Heaven And Hell. Została tylko jedna, piękna płyta.
Nie ukrywam, że zawsze wolałem gdy Ronnie śpiewał u innych, niż u siebie. Pierwsze płyty zespołu Dio, tak ukochane przez oddanych fanów, mnie nie przekonały. Wciąż przeszkadza mi ich płaska produkcja. I wciąż do nich wracam, bo mają w sobie coś.
Każdy musi to coś odkryć dla siebie.
Co ciekawe, w okresie kiedy odszedłem od słuchania mocnego rocka, Dio nagrali płyty, których chciało się słuchać. Nieprzejednany w swych muzycznych upodobaniach Ronnie nie uległ pokusie plastikowych lat osiemdziesiątych. Chociaż to dopiero Magica z 2000 roku została okrzyknięta prawdziwym powrotem do korzeni, Ronnie – mimo słabszych okresów – nigdy się od tych korzeni nie odciął. A że nie codziennie jest świętego Jana, to przecież na tym polega uroda życia.
Zespół Dio nie istnieje. Ronnie odszedł do innego świata w 2010 roku. Akurat wtedy, gdy znowu zrezygnował ze swojego zespołu na rzecz formacji Heaven And Hell.
Nikt, tak jak on, nie umiał tych dwóch pojęć połączyć w całość.
Albumy studyjne:
Live:
Kompilacje:
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.