Absolutnie nie dziwią mnie fatalne recenzje z 1976 roku. Dziwi mnie, że nikt – łącznie z Ianem Gillanem – nie podjął próby rehabilitacji tej płyty.
To jest historia, którą wszyscy, nawat ci bardziej przypadkowi, fani Deep Purple znają doskonale. Najlepszy skład zespołu sypie się od wewnątrz. Liczne przetasowania doprowadzają do rozpadu grupy, ale wcześniej za burtą znajdują ludzie będący ojcami chrzestnymi największych sukcesów. To zrozumiałe, że ich frustracja przeradza się w niechęć do całego show biznesu. Ian Gillan, co by nie mówić, jednak najbardziej charakterystyczny głos Purpli, otworzył nawet warsztat motocyklowy i odciął się od dawnego życia.
Na krótko.
Do powrotu namówił go ponoć Roger Glover, basista, który opuszczenie formacji przepłacił załamaniem nerwowym. Obiecał wyprodukować album Gillana. Sam zagrał na nim kilka krótkich partii, ale nie wszedł w skład zespołu ochrzczonego na tę okoliczność mało oryginalnie, ale dość trafnie Ian Gillan Band. Tytuł tej pierwszej płyty też nie był przypadkowy. Największy hit Deep Purple, nagrany całkowicie na nowo, a jednocześnie odnoszący się do upływu czasu, zmian wynikających z czasu, zagubionego człowieka. Oczywiście, wydźwięk marketingowy jest też poza dyskusją. Ian Gillan – Child In Time, który fan Deep Purple tego nie kupi!
No i kupił ten fan i poczuł się oszukany. W 1976 roku ten album był niespełnioną oboetnicą. Niespełniona obietnica to straszliwe roczarowanie. Ta płyta nie oferowała niczego, co obiecywał tytuł, co obiecywało nazwisko wykonawcy, co obiecywało nazwisko producenta. Owszem, była owa tytułowa, najsłynniejsza ballada, ale miała się nijak do legendarnego, wręcz ikonicznego wykonania.
Bo i po prawdzie, jedynie pierwszy utwór Lay Me Down dość mocno wyrasta ze stylistyki Deep Purple, tego Deep Purple z najmocniejszego okresu (przed 1976 rokiem oczywiście). Drugi You Make Me Feel So Good i trzeci Shame, o ile to w ogóle możliwe, bardziej oscylują w kierunku, który Deep Purple obrali już po odejściu Gillana. I co to niby miało być? Dowód: panowie, ja też tak potrafię? Bez sensu. Nie wierzę.
Potem płyta się uspokaja i już tak płynie do końca. Bo ówczesna druga strona longplaya, a obecnie końcówka albumu, to dwie mocno rozbudowane ballady, z tą dziwną wersją Child In Time na początek.
Naprawdę, nie dziwię ówczesnym recenzjom. Ale... to nie jest zły album. Naprawdę.
Gdyby taka płyta wyszła spod ręki Iana Gillana dzisiaj, pewnie recenzje nie byłyby entuzjastyczne, ale co najwyżej zachowawcze. Jesteśmy już na zupełnie innym etapie historii Deep Purple. Jest rok 2026. Zarówno Ian Gillan, jak i jego macierzysty zespół, popełnili w tak zwanym międzyczasie tyle lepszych i gorszych płyt, prześlizgnęli się przez tyle muzycznych podwórek, że dzisiaj taki materiał nie już nie szokuje. Może zaskakuje, ale na pewno nie rozczarowuje. To przecież bardzo solidna porcja świetnie skrojonej, bogato i cholernie interesująco zaaranżowanej muzyki. I wcale nie nudnej, jak przeczytacie się w wielu recenzjach.
Posłuchajcie wreszcie na spokojnie tej wersji Child In Time. Bez obciążeń, bez bagażu. Po prostu tak, jakby to miała być nowa piosenka. Sam klimat wstępu jest niesamowity, tajemniczy, zamglony... aż wchodzą bębny. Tak zaczynają się klasyki... Pink Floydów. To jest ten sam magnetyzm, to samo przyciąganie. A potem jeszcze spokojniejszy, jeszcze bardziej nostalgiczny i jeszcze dłuższy Let It Slide. To już absolutnie kawałek progersywny leciutko owiany wspomnieniem psychodelii. Według mnie, właśnie teraz, po tak wielu latach, słucha się tego bajecznie. Ta muzyka jest jak te cholerne irlandzkie, wiecznie zamglone wrzosowiska pamiętające to, co dawno minione i niezmiennie trwające do dziś.
W tym roku, a mamy właśnie styczeń 2026, mija 50 lat, od kiedy Ian Gillan nagrał tę płytę. Pół wieku. Moim zdaniem czas bardzo się jej przysłużył. Warto ją odkopać i przesłuchać jeszcze raz, bez młodzieńczego zacietrzewienia, bez nastoletnich obietnic.
Ja włączyłem tę płytę chyba tydzień temu. Zagrała, a ja uświadomiłem sobie, że jej zupełnie nie znam. Moja pamięć przechowuje jedynie sugestie, że to zła muzyka była.
Kiedyś była. Dzisiaj nie jest.
Od kilku dni towarzyszy mi niemal bez przerwy. I jest mi z tym dobrze.
Do wielu decyzji trzeba dojrzeć. Do takiej, że ta płyta mi się podoba, także.
1. Lay Me Down 2:55
(Ian Gillan, Ray Fenwick, Mark Nauseef, John Gustafson)
2. You Make Me Feel So Good 3:41
(Ian Gillan, Mike Moran, Dave Wintour, Bernie Holland, Andy Steele)
3. Shame 2:47
(Ian Gillan, Ray Fenwick, Mark Nauseef, John Gustafson)
4. My Baby Loves Me 3:35
(Ian Gillan, Ray Fenwick, Mark Nauseef, Roger Glover)
5. Down the Road 3:27
(Ian Gillan, Ray Fenwick, Mark Nauseef, John Gustafson, Roger Glover)
6. Child in Time 7:23
(Ritchie Blackmore, Ian Gillan, Roger Glover, Jon Lord, Ian Paice)
7. Let It Slide 11:41
(Ian Gillan, Ray Fenwick, Mark Nauseef, John Gustafson)
Skład:
Ian Gillan – vocals and harmonica;
Mike Moran – Fender Rhodes, Hohner Clavinet, Hammond organ, ARP 2600, acoustic and electric piano, ARP String Ensemble;
Ray Fenwick – electric, acoustic and slide guitars, vocals;
John Gustafson – bass guitar, vocals;
Mark Nauseef – drums, percussion;
oraz
Roger Glover – ARP 2600 synthesizers, kalimba, vocals.
Domyślna treść artykułu.
W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.